Dwa dni temu napisałem post "Piski w uszach - co to może być?" o tajemniczych sygnałach o częstotliwości około 19 kHz, które zmierzyłem nad Zalewem w Nowej Hucie. Wczoraj zarejestrowałem w postaci filmiku jak zmienia się ten sygnał w moim mieszkaniu i wystawiłem na YouTube, a dzisiaj zrobiłem znowu pomiar nad Zalewem w Nowej Hucie widoczny powyżej. Z lewej strony, w paśmie wysokich częstotliwości pojawiły się regularne sygnały. Wyciąłem fragment widma mocy sygnały w zależności od czasu z zakresu wysokich częstotliwości (prawy dolny róg zdjęcia powyżej), który pokazuję poniżej i zapytałem sztuczną inteligencję Gemini, czy widzi jakieś regularności w odstępach sygnałów. Gemini odpowiedział tak jak poniżej: Coś stale piszczy w Nowej Hucie, tylko nie wiem co.
0 Comments
Od pewnego czasu słyszę piszczenie w uszach. Oczywiście może to być nadciśnienie, mogą to być stany zapalne ucha, zator woskowiny, stres, zmęczenie, niedobory witamin z grupy B i inne zmiany wewnątrz organizmu. Ale niedawno wyjechałem w Tatry na dwa dni i przestało mi piszczeć w uszach, gdy wróciłem do Krakowa piszczenie pojawiło się ponownie. Wyjechałem w Gorce na jeden dzień - nie było piszczenia. Wróciłem do domu - piszczenie wróciło. Zastanowiło mnie to. Poszedłem nad Zalew w Nowej Hucie i uruchomiłem aplikację Spectroid na moim smartfonie Motoroli. Ku mojemu zdumieniu na monitorze pojawił się silny pulsujący sygnał o częstotliwości około 19 kHz. Nie mogłem zlokalizować kierunku z którego dochodził do mnie. Wydawało się, że mnie otacza ze wszystkich stron. Poniżej przedstawiam zrzut ekranu ze smartfona widma pomiarowego. Górna część obrazu przedstawia natężenie dźwięku w zależności od częstotliwości. Żółta linia to bieżący sygnał, a czerwona to sygnał maksymalny. W dolnej części obrazu przedstawione jest widmo częstotliwości zmieniające się w czasie. Kolory obrazują natężenie dźwięku o danej częstotliwości. Im bardziej jasny (żółty) - tym dźwięk mocniejszy. W okolicy 100 i 1000 Hz widzimy lokalne maksima dźwięków. Przy tych częstotliwościach natężenie dźwięków jest, z gruba, stałe. Kolejne maksimum natężenia można zaobserwować w okolicy 19 kHz. Ale w tym przypadku szum nie jest ciągły, ale wyraźnie pulsuje, co dobrze widać na poniższym zdjęciu. To widma z dwóch różnych pomiarów. Widać na nich wyraźne pulsacje, jakby były celowo modulowane, a nie był to przypadkowy szum. Spytałem sztucznej inteligencji co to oznacza, ale widocznie jest to temat z grupy religia klimatyzmu, kowid czy starsi bracia w wierze i sztuczna inteligencja prawdy nie powie, bo ma wybudowane blokady. W domu również słyszę piski w uszach niewiadomego pochodzenia i postanowiłem to zmierzyć znaną aplikacją. Udało mi się zrobić zrzut ekranu z uchwycona częstotliwością tego wysokiego dźwięku. Wynik pokazuję poniżej. Widać jest to częstotliwość 18 750 Hz czyli 18,75 kHz. Gemini AI powiedział mi, że ta pulsująca częstotliwość to:
Nie dałem spokoju sztucznej inteligencji i wziąłem ja w krzyżowy ogień pytań. W końcu wydusiła z siebie, że: "częstotliwość 18 750 Hz może istotnie wpływać na zdrowie, samopoczucie oraz psychikę ludzi. Mimo że dla wielu osób dorosłych dźwięk ten staje się z wiekiem niesłyszalny, to organizm ludzki – zwłaszcza u dzieci i osób wrażliwych – nadal na niego reaguje" "Długotrwała ekspozycja na taki ton, szczególnie o wysokim natężeniu (głośności), może powodować objawy wegetatywne wynikające z drażnienia ucha wewnętrznego:
Zastanowiło mnie to stwierdzenie: "Silnym rozdrażnieniem i nerwowością". Zauważyłem, że ludzie wokół mnie zrobili się bardziej nerwowi i agresywni. Może te dźwięki o wysokiej częstotliwości, to nie przypadkowe odgłosy pochodzące od odstraszaczy owadów czy psów, ale przygotowanie do czegoś większego. W operacji "Crimson Mist" w Rwandzie powodowano szał złości w ludziach za pomocą mikrofal. Może teraz w Polsce mamy do czynienia z czymś podobnym. Od niedawna zacząłem bawić się sztuczną inteligencją. Tworzę obrazki jak ten powyżej, filmiki, muzykę. Kilka tygodni temu kupiłem miesięczny dostęp do programu MakeSong kreującego dowolną muzykę do podanego tekstu, który nie przekracza 5000 znaków. Program ten tworzy również obrazy i filmiki. Ja skupiam się na razie na tworzeniu piosenek. Zacząłem od tworzenia piosenek z tekstów moich krótkich postów na blogu, jak ta piosenka o piramidach w Kenii. Potem dawałem chińskiej sztucznej inteligencji dłuższe teksty z moich blogów i ona na sposób 'spiskowy" przerabiała je na takie poniżej 5000 znaków, jak na przykład piosenka o planecie X. W końcu Deep Seek zaczął tworzyć teksty dedykowane dla piosenek na podstawie moich postów, jak na przykład "Wzór na kasę". A nawet zaczął tworzyć teksty angielskie do piosenek na podstawie moich polskich postów jak "Money Algorithm". Rozpoczęła się wojna w Iranie i ja chciałem ostrzec świat o możliwości zagłady 6 milionów Żydów w holokauście atomowym, jak mówi jakieś tam proroctwo mające swe korzenie co najmniej w XIX wieku, a może i wcześniej. Jest to możliwe. Ktoś zgromadził w jednym miejscu ponad 6 milionów Żydów, w Dimonie jest skład broni atomowej. Ktoś ją zdetonuje, spłonie 6 milionów Żydów. O wszystko oskarży się Persów i proroctwo zostanie wypełnione. Chciałem stworzyć piosenkę ostrzegającą o takiej możliwości na podstawie moich postów "Czy zginie 6 milionów Żydów jak mówi proroctwo?" i "Kto rządzi Polską?". Dałem DeepSeekowi fragmenty tych tekstów, żeby stworzył z nich poważna piosenkę i co na to Deep Seek? Odpowiedź poniżej: Wydawać by się mogło, że chińska sztuczna inteligencja nie powinna poddawać się syjonistycznej propagandzie, a tu jak widać nic z tych rzeczy. Sztuczna inteligencja wie swoje. W końcu skorzystałem z własnej inteligencji i stworzyłem tekst na mniej niż 500 znaków. MakeSong wykreował piosenkę bez problemów. Wstawiłem ją na YouTube i YouTube natychmiast wydał ostrzeżenie, że piosenka może zawierać antysemickie treści i dał pod filmikiem swoje jakieś tam wyjaśnienia. Okazało się, że wyświetleń było raptem 7 i piosenka została wycofana z YouTube. Ktoś czujny ewidentnie doniósł YouTubowi i piosenkę usunięto, bo ponoć naruszała standardy. I teraz się zastanawiam co jest prawdą, a co nie jest. Jakie informacje otrzymujemy? Czy przypadkiem nie są one w całości generowane przez sztuczną inteligencję? Z filmików i innych newsów przesyłanych mi przez znajomych na Facebooka czy Whatsappa odnoszę wrażenie, że każdy z nas został zamknięty w jakiejś bańce informacyjnej i każdy z nas otrzymuje takie informacje z kraju i ze świata, które są jedynie słuszne, albo wywołują u niego silne pobudzenie emocjonalne: ten o Ukraińcach, ten o Chińczykach, pedofilach itp. To wygląda tak, jakby jakaś sztuczna inteligencja nas obserwująca generowała dla nas informacje na bieżąco. Te informacje niekoniecznie muszą być prawdziwe, ale wywołują u nas określone emocje. I to chyba jest najważniejsze. Informacje są sprzeczne i wywołują u nas dysonans poznawczy zgodny z założeniami Instytutu Tavistock. Mamy wielką aferę Epsteina. Ponoć gwałcono tam, mordowano i zjadano dzieci. I co? I nic. Nikogo nie aresztowano. Były książę Andrzej został aresztowany na krótki czas w dniu swoich 66 urodzin. 66 jest ważną kabalistyczną liczbą. To aresztowanie było sygnałem dla kogoś, a nie próbą wymierzenia sprawiedliwości. Czy w ogóle jest jakaś afera Epsteina? Czy to tylko njusy wygenerowane przez sztuczna inteligencję? Jest wielka wojna z Iranem, ale też nie wiadomo co tam się dzieje. Czy te filmiki, które do nas docierają są prawdziwe, czy wygenerowane gdzieś na czyimś komputerze? Dziewczyna ze zdjęcia wprowadzającego wygląda jak prawdziwa. Gdyby nie to, że sam ją wygenerowałem, to uznałbym, że to zdjęcie żywej kobiety. Sztuczna inteligencja dodała do mojego zdjęcia w lesie reptyliankę i ożywiła zdjęcie i mam filmik z reptylianką. Muzyka do filmiku została wygenerowana przez MakeSong. Jeżeli ja jestem w stanie skromnymi środkami tworzyć takie rzeczy, to co mogą robić ludzie dysponujący nieograniczonymi środkami finansowymi? Może już żyjemy w świecie podstawionym?
Pierwszego lutego minęła kolejna rocznica zamachu na Franza Kutscherę - dowódcy SS i Policji w dystrykcie warszawskim. Niemcy przeprowadzili masowe represje, w wyniku których zamordowano około 300 Polaków. Dzień po zamachu rozstrzelano 100 zakładników, a egzekucje uliczne trwały do połowy lutego, co było bezpośrednią reakcją na likwidację dowódcy SS i policji. Spójrzmy na tło sytuacyjne tamtych czasów, jak reżim nazistowski uważał, że należy traktować Polaków i Niemców mających bliskie relacje z Polakami i jak polskie podziemie traktowało Polaków kolaborujących z Niemcami. Zacznijmy od określenia podczłowiek - untermensch wymyślonego przez, jakże by inaczej, Amerykanów, ale z entuzjazmem podchwyconego i twórczo rozwiniętego przez Niemców: "Untermensch (z niem. „podczłowiek”, mn. Untermenschen) – rasistowskie określenie używane w propagandzie nazistowskich Niemiec w stosunku do Żydów, Cyganów, Polaków, Serbów, Rosjan i innych narodów słowiańskich, jak i do przedstawicieli innych grup etnicznych uznawanych przez nazistów za „niearyjskie” (niegermańskie), oraz do ludzi niepełnosprawnych fizycznie, bądź umysłowo." "W nowym „aryjskim” społeczeństwie podludzie mieli wykonywać uciążliwe prace jako niewolnicy służący „rasie panów”. Zgodnie z propagandą, „nadludzi” w stosunku do „podludzi” nie obowiązywały zasady etyczne." "Uznanie Słowian za podludzi pozwalało nazistom na uzasadnienie masowych przesiedleń oraz ludobójstwa wobec sąsiadów Niemiec, których kosztem „nadludzie” mieliby zdobyć Lebensraum („przestrzeń życiową”). Praktyczną realizację takich założeń miał stanowić Generalny Plan Wschodni, który zakładał wymordowanie ponad 50 milionów „podludzi”. Naziści planowali eksterminację wszystkich Żydów oraz 51 mln Słowian (w tym 80–85% Polaków, 50% Czechów i Morawian, 65% Ukraińców i 75% Białorusinów, a także bliżej nieokreśloną liczbę Rosjan i Tatarów Krymskich). Plan miał zostać zrealizowany w ciągu trzydziestu lat." W przeciwieństwie do podludzi byli nadludzie. Pierwszy tą ideę wprowadził Fiodor Dostojewski; "Młody student – Raskolnikow zabija starą lichwiarkę i swoją zbrodnię uzasadnia tym, że jest jednostką wybitną – to jest taką, która może zdecydować się na dokonanie zbrodni – w imię wyższych celów i nie krępują go przy tym wyrzuty sumienia i ogólnoludzkie normy moralne." Temat rozwinął Nietzsche: "Nadczłowiek jest obdarzony niezwykłą wolą mocy i nie ograniczają go normy moralne ustanowione przez społeczeństwo. Nietzscheański nadczłowiek ma prawo do działania, ponieważ ma wolę i śmiałość działania. Nadczłowiek jest u Nietzschego „prawdziwą jednostką” przeciwstawioną „człowiekowi stadnemu”, czyli człowiekowi uformowanemu przez społeczeństwo i przestrzegającego społecznych norm moralnych. Jako taki jest efektem połączenia procesów ewolucji biologicznej, która uformowała człowieka „społecznego”, oraz procesu rozwoju duchowego, który powołuje do życia: człowieka – jednostkę." Koncepcję nadczłowieka z radością przejęli naziści ukazując jako rasę panów naród niemiecki . Oni też wprowadzili jako pierwsi pojęcie Herrenvolk. Już mamy jasność co do podludzi i nadludzi. System nazistowski musiał pilnować, żeby podludzie nie spoufalali się z nadludźmi, a co gorsza, żeby nie dochodziło do mieszania "szlachetnej aryjskiej krwi" z "rasami niższymi". Najgorsze były oczywiście relacje intymne. Co wtedy robili naziści z ludźmi niezachowującymi czystości krwi? Portal ciekawostkihistoryczne.pl przybliża nam sprawę: "Zbiegowisko i wyraźna ekscytacja gapiów. Ukazuje się dwójka młodych ludzi. Dziewczyna ubrana w worek. Kartka zawieszona na jej szyi głosi: „Jestem polską świnią”. Obok chłopak. Na jego tabliczce napis: „Jestem niemieckim zdrajcą”. Zgromadzeni szydzą z nich, golą im głowy i palą włosy. To unikalne pięciominutowe nagranie z 1941 roku przedstawia „marsz hańby” Polki Bronisławy i Niemca Gerharda. Para dopuściła się Rassenschande, zhańbienia rasy. Zbrodni miłości. Gdyby Bronię wcześniej dorwali Polacy, prawdopodobnie skończyłaby tak samo." Z tego fragmentu można wysnuć wniosek, że polskie podziemie pilnowało czystości rasy aryjskiej i stosowało identyczne metody, co ludzie systemu nazistowskiego. Bo gdyby wyżej wspomnianemu Gerhardowi pozwolono na romans, a być może nawet małżeństwo z Bronią, to taki Gerhard poznałby rodzinę Broni i mógłby dojść do wniosku, że Polacy są w zasadzie równi Niemcom. Gdyby takich Gerhardów było więcej, to mogłoby to rozmiękczyć system nazistowski, a do tego polskie podziemie z jakiś tajemniczych powodów nie mogło dopuścić. Oprócz związków męsko - damskich: "Najeźdźców należało ignorować, w żadnym wypadku im nie pomagać, nie uczestniczyć w ich rozrywkach." Bo gdyby Polacy z Niemcami zaczęli współpracować, handlować, pomagać sobie wzajemnie, powstałyby przyjaźnie, to system nazistowski by się zawalił, a w każdym razie mocno osłabił. Komuś to bardzo by przeszkadzało. Przyjrzyjmy się teraz najsłynniejszym akcjom miejskim Armii Krajowej, czyli zamachowi na Kutscherę, Bürkla i akcji pod Arsenałem. Przejdźmy do konsekwencji zamachu na Kutscherę: "1 lutego na Pawiak przywieziono ok. 200 mężczyzn (przeważnie poniżej 20 lat) oraz kilkanaście kobiet aresztowanych w związku z zamachem na Kutscherę. W nocy z 1 na 2 lutego, Niemcy aresztowali kolejne 385 osób w kasynie gry w al. Szucha 29. Część z nich przewieziono na Pawiak, a część do obozu przy ul. Skaryszewskiej (kilkanaście później zwolniono). Prawdopodobnie część z nich została rozstrzelana następnego dnia podczas egzekucji represyjnych. Na drugi dzień po zamachu, 2 lutego 1944, w pobliżu miejsca akcji, pod zniszczonym we wrześniu 1939 pałacykiem Rzyszczewskich (Al. Ujazdowskie 21) na rogu Alej i ul. Chopina, ok. godz. 11.00 Niemcy rozstrzelali 100 mężczyzn przywiezionych z Pawiaka. Kolejnych 200 Polaków zamordowano tego samego dnia w ruinach getta" "Warszawę oraz gminy powiatu warszawskiego obłożono kontrybucją w wysokości 100 mln złotych (z czego na samą stolicę przypadło 85 mln złotych" "10 lutego 1944 miały miejsce dwie kolejne odwetowe egzekucje uliczne – pod murem ogrodu księży Orionistów przy ul. Barskiej na Ochocie oraz przy ul. Wolskiej 79/81 na Woli. W rozplakatowanym dwa dni później niemieckim obwieszczeniu znalazła się informacja, iż tego dnia straconych zostało 140 zakładników. Konspiracyjne meldunki z Pawiaka wskazywały jednak, że w dniach 10–11 lutego 1944 rozstrzelanych zostało ok. 470 osób (większość z nich zamordowano w ruinach getta). Ponadto 11 lutego Niemcy powiesili 27 więźniów Pawiaka na balkonach spalonego domu przy ul. Leszno (naprzeciwko gmachu Sądów). 15 lutego przy ul. Senatorskiej 6 rozstrzelano jeszcze ok. 40 zakładników." Po akcji Bürkl zostało rozstrzelanych 36 Polaków. Jakie skutki te akcje przyniosły? Niemcy zaczęli się obawiać Polaków i bardziej się od nich izolowali, Polacy zostali zastraszeni masowymi egzekucjami, wzmogła się nienawiść do Niemców i oczywiście nastąpiło jeszcze większe odseparowanie Polaków od Niemców. Czyli dokładnie to, co system nazistowski oczekiwał. Niemcy postrzegali Polaków jako nieokrzesaną dzicz gotową posłać swoich ludzi na bezsensowną rzeź, bo jasne było, że po każdej takiej akcji będzie krwawy odwet. Polacy widzieli w Niemcach morderców i tyranów. Jeśli się głębiej zastanowić, to w sumie nie wiadomo co przyświecało dowódcom decydującym o akcjach Kutschera i Bürkl. Jeżeli im ci dwaj panowie tak bardzo przeszkadzali, to były sposoby aby załatwić to w inny sposób niż pokazową strzelaniną na ulicy. Można było pisać na nich donosy i doprowadzić do odwołania, albo zrobić jakąś prowokację obyczajową i łapówkarska, co by skutkowało odwołaniem, a może i egzekucją wykonaną przez samych Niemców. Jeśli chcieli ich zabić, to przecież AK dostawało jakieś trucizny z Wielkiej Brytanii - patrz casus Retingera. Tak na marginesie, jaką głupotą była próba otrucia brytyjską trucizną brytyjskiego agenta, który miał antidotum na każdą brytyjską truciznę. Jeśli już chciano Kutscherę zastrzelić, to można było to zrobić z ukrycia z kuszy. Bełt świsnąłby w powietrzu i Niemcy nie wiedzieliby na początku, co się w ogóle stało. Gdyby doszli do tego, że ktoś z kuszy strzelał, to też nie wiedzieliby kto to zrobił, czy polskie podziemie, czy niemieccy przeciwnicy Kutschery, czy jeszcze ktoś inny. Najlepszym sposobem byłoby nie zabicie Kutschery czy Bürkla, ale zdobycie na nich materiałów kompromitujących w stylu Epsteina czy afery podkarpackiej i szantażowanie ich. Ale takie postępowanie nie wzmacniałoby systemu nazistowskiego, a wręcz odwrotnie, więc dowództwo AK nawet nie rozważało takiej możliwości. Przyjrzyjmy się akcji pod Arsenałem, której rocznicę będziemy obchodzić w marcu. Jakie były jej skutki? Jan Bytnar „Rudy” – odbity, zmarł 30 marca w wyniku tortur, Maciej Aleksy Dawidowski „Alek” – ciężko ranny podczas akcji, zmarł 30 marca, Tadeusz Krzyżewicz „Buzdygan” – ciężko ranny podczas akcji, zmarł 2 kwietnia w szpitalu, Hubert Lenk „Hubert” – aresztowany podczas akcji, zakatowany przez Gestapo. To członkowie AK. Niemcy w odwecie za odbicie więźniów rozstrzelali 140 osób. Czyżby dowództwo AK nie zdawało sobie sprawy z konsekwencji tych akcji? Może zrobiono to z premedytacją, żeby pokazać światu jacy Niemcy są okrutni? Fakt jest faktem, że to działanie zwiększyło wrogość Polaków do Niemców, co w konsekwencji wzmocniło nazistowski system nadludzi i podludzi i segregacji rasowej. A czy można było inaczej uwolnić Rudego? Czy ktoś słyszał o Leonie Skórzewskim? Oto co Gemini AI ma do powiedzenia na jego temat: "Leon Skórzewski był postacią niezwykle barwną i kontrowersyjną, działającą na styku świata biznesu, konspiracji i okupacyjnej rzeczywistości. Skórzewski prowadził w Warszawie kawiarnię (często kojarzoną z nazwą „Pod Kogutem”), która stała się punktem kontaktowym i miejscem, gdzie „załatwiano” uwolnienia więźniów z Pawiaka. Oto kluczowe fakty o jego działalności: Mechanizm działania: Wykorzystywał swoje rozległe kontakty wśród skorumpowanych funkcjonariuszy Gestapo i administracji niemieckiej. Dzięki ogromnym łapówkom (pieniądze, kosztowności, alkohol) udawało mu się wyciągać ludzi z rąk okupanta. Skala pomocy: Szacuje się, że dzięki jego pośrednictwu wolność odzyskało od kilkuset do nawet kilku tysięcy osób. Wśród uratowanych byli zarówno zwykli obywatele, jak i członkowie struktur podziemnych. Kontrowersje: Choć uratował wielu ludzi, jego postać budziła nieufność polskiego państwa podziemnego. Zarzucano mu zbyt bliskie zażyłości z Niemcami oraz pobieranie wysokich opłat za pośrednictwo (choć wielu świadków twierdziło, że pomagał też bezinteresownie tym, których nie było stać na okup). Współpraca z Delegaturą Rządu: Z czasem nawiązał kontakt z polskimi władzami konspiracyjnymi, co pozwoliło na bardziej systemowe wykupywanie cennych dla podziemia więźniów. Warto wspomnieć, że w podobną działalność (choć na mniejszą skalę lub w innym charakterze) angażowali się też inni, np. adwokaci mający wstęp na Pawiak, ale to Skórzewski stał się symbolem "wykupywania" ludzi z rąk Gestapo." Czyli można było inaczej, ale z jakiś powodów dowództwo AK nie zdecydowało się na wykup Rudego, a pieniądze z Londynu płynęły. Dlaczego do tej pory milczy się o Leonie Skórzewskim, za to wychwala się i wychwalało za komuny konspiratorów biorących udział w akcji pod Arsenałem czy w zamachu na Kutscherę? Prawdopodobnie dlatego, że działania bojowników AK wzmacniały system totalitarny, a działania Skórzewskiego rozmiękczały go. Skórzewski korumpował Niemców i miał z nimi dobre relacje. A żaden reżim totalitarny znieść nie może, żeby grupy, które reżim wyznaczył na wrogie sobie, bratały się i współpracowały ze sobą. Interesujące jest również to, że najgłośniejsze akcje Armii Krajowej odbyły się po tym jak Rosjanie przełamali blokadę Stalingradu, a Amerykanie zmiażdżyli Japończyków na Guadalcanal. Prawdopodobnie wtedy brytyjscy sztabowcy zdali sobie sprawę, że Amerykanie zapanują nad Pacyfikiem, a Rosjanie nad Euroazją, w szczególności nad Heartlandem - jądrem Wyspy Świata, naturalną fortecą, obszarem warunkującym panowanie nad resztą globu. Konsekwencją tego był prawdopodobny kolaps imperium brytyjskiego, czego elity brytyjskie chciały uniknąć. Prawdopodobnie jakiś związek z planami brytyjskimi dla świata miała zdumiewająca bezczynność Armii Krajowej podczas Rzezi Wołyńskiej. Nie wiem jakie cele przyświecały brytyjskim dowódcom wydającym rozkazy Armii Krajowej. Być może te akcje były przygotowaniem do akcji Burza, która była ostatnią nadzieją Brytyjczyków na powstrzymanie pochodu Armii Czerwonej i instalowanie w zajętych krajach rządów przychylnych ZSRR, a w których Wielka Brytania chciała utrzymać swoją dominację. Konkludując powyższe rozważania działania AK umacniały system nazistowski na ziemiach polskich. Ostatnio oglądałem filmik na YouTube mówiący o "Wielkim terrorze" w ZSRR. Dla przypomnienia podam za Wikipedią: "Wielki terror (również wielka czystka, jeżowszczyzna) – okres w historii ZSRR szczególnego nasilenia terroru policyjnego NKWD w latach 30. XX wieku. W efekcie zaplanowanych i zorganizowanych represji zamordowano miliony niewinnych ludzi, a także prawie wszystkich działaczy partii leninowskiej, wysokich oficerów Armii Czerwonej oraz NKWD. Za jego początek uważane jest zabójstwo Siergieja Kirowa w grudniu 1934, a koniec najczęściej datowany na 1939 r" W wyżej wspomnianym filmiku znawcy tematu mówili o straszliwych zbrodniach NKWD, milionach ofiar, że najwyższe gremia partyjne ustalały normy ilu wrogów ludu, kułaków, zachodnich szpiegów i tym podobnych należy zabić. I tak się zastanawiam. Jeśli statystyki dotyczące liczby krów, uzyskanego mleka, plonów pszenicy czy wytopu stali były zafałszowane i zawyżone i nikt tego faktu nie kwestionuje, to dlaczego wybitni eksperci przyjmują na wiarę doniesienia o tej monstrualnej liczbie zabitych? Akurat to według nich, to najczystsza prawda. Jeśli enkawudziści dostawali dodatek pieniężny za każdego zabitego wroga ludu, to w raportach pisali zawyżone liczby rozstrzelanych i ich koledzy to potwierdzali. Do raportów jako rozstrzelani byli wpisywani ludzie, którzy zmarli w inny sposób np. z głodu lub ze starości albo od chorób. A nawet ludzie, którzy wyprowadzili się w odległe rejony i wiadomo było, że nie wrócą, również mogli być uwzględniani jako rozstrzelani. Żeby nie być gołosłownym, to przytoczę w pewien sposób podobne sytuacje z czasów covid 19, gdy lekarze, aby dostać dodatek za zgon covidowy, każdemu zmarłemu z dowolnego powodu przypisywali covid. Oczywiście może być tak, że historia jest celowo zakłamywana. Jakiś czas temu na YouTube oglądałem filmik "ZDOBYCIA BERLINA NIE BYŁO? Prawda o Bitwie pod Mikolinem. 43 000 zabitych czy... 16?". Za czasów PRL uważano, że w bitwie pod Mikolinem zginęło nawet 40 000 żołnierzy radzieckich. teraz okazuje się, że żadnej bitwy nie było, a żołnierzy radzieckich zginęło może 16-tu, gdy ciężarówka z nimi wpadła do wody w momencie, gdy Niemcy wysadzili most. A może nikt nie zginął, jeśli wszyscy zostali wyłowieni. No ale to odległe czasy. Weźmy przykład sprzed niecałych 40 lat - plac Tian’anmen. Wszyscy wiemy, że doszło tam do straszliwej masakry studentów przez reżimowe wojska. Ale co się okazuje. Nawet Wikipedia zmieniła zdanie co do masakry: "Informacje amerykańskie ujawnione w 2011 roku przez WikiLeaks wskazują, że do masakry nie doszło w rzeczywistości na samym placu Tian’anmen" A portal hamptonthink.org tak opisuje te wydarzenia: "W 1998 roku, niemal dekadę po opisywanych wydarzeniach, doświadczony dziennikarz opublikował kontrowersyjny artykuł w Columbia Journalism Review zatytułowany „Mit Tiananmen”. W nim Mathews ubolewa nad tym, że „wielu amerykańskich reporterów i redaktorów zaakceptowało mityczną wersję tej ciepłej, krwawej nocy”, odnosząc się do 4 czerwca 1989 roku. Po przytoczeniu kilku przykładów prominentnych amerykańskich gazet, które przyjęły i rozpowszechniły narrację o „masakrze” na placu Tiananmen, Mathews wyjaśnia: „Problem jest taki: o ile można to ustalić na podstawie dostępnych dowodów, nikt tej nocy na placu Tiananmen nie zginął.” Nawet CBS News pisze coś takiego: "Za tym kryje się ciężar relacji świadków, odtajnionych raportów rządów zachodnich oraz prac historyków, które wspierają opowieść o krótkim okresie negocjacji między armią, a niektórymi studentami, którzy pozostali (wówczas nie było ich już zbyt wielu na placu), kiedy wojska zaczęły wchodzić na plac z impetem tuż przed świtem – uciszając głośniki systemu nagłośnienia serią strzałów. Ostatnia grupa protestujących opuściła plac na południe wkrótce potem." I powracając do Związku Radzieckiego i wielkiego terroru. Może ci ludzie znikali z zupełnie innego powodu niż rozstrzelanie. Mogły to być śmierci głodowe lub emigracja wewnętrzna i zewnętrzna. Warto nadmienić, że lata 30-te XX wieku były dość dramatyczne dla świata. Wszyscy wiedzą o wielkim kryzysie. Ale mało kto słyszał o wielkich katastrofach naturalnych w tych latach. W Stanach Zjednoczonych w latach 1931 - 1938 był Dust Bowl – część obszaru Wielkich Równin w Stanach Zjednoczonych została dotknięta katastrofą ekologiczną, będącą skutkiem suszy i silnej erozji gleb. Katastrofę spowodowała wieloletnia susza i intensywna eksploatacja rolnicza gruntów. "W latach Wielkiego Kryzysu katastrofa ekonomiczna w USA zbiegła się z katastrofalną suszą w stanach zachodu i środkowego zachodu, która trwała przez większość dekady. To ułatwiało powstawanie bezwodnych burz pyłowych zwanych „dusterami”. „Brudne lata trzydzieste” (ang. Dirty Thirties) zaczęły się latem 1931 roku. Gnane wiatrem czarne chmury niosły tumany pyłu. W roku 1932 przez Wielkie Równiny przeszło 14 „dusterów”, w 1933 roku już 38. Do roku 1934 ponad 100 milionów hektarów straciło wierzchnią, żyzną warstwę gruntów. Rolnicy zaczęli zapadać na pylicę, wielu udusiło się. Apogeum nastąpiło w „Czarną Niedzielę” 14 kwietnia 1935 roku. Wielka chmura ruszyła z szybkością 100 km/h z Oklahomy docierając do Kanady i wybrzeża Atlantyku. Pozbawieni domów i ziemi rolnicy ruszyli w poszukiwaniu pracy, dołączając do tych, których dotknął kryzys ekonomiczny." Jak się łatwo domyślić taka katastrofa w USA znacząco wpłynęła na podaż zbóż na rynkach światowych. Z innych katastrof światowych można wymienić dwie powodzie na rzece Jangcy w Chinach (1931 i 1938), gdzie w wyniku głodu i epidemii zmarło kilka milionów ludzi, Nie będę przytaczał pomniejszych katastrof, które również miały wpływ na podaż żywności na świecie. W samym Związku radzieckim Gemini AI doszukał się kilku dużych katastrof naturalnych w latach 30-tych XX wieku: "1. Trzęsienie ziemi w Górach Krymskich (1927/przełom lat 30.) Choć najsilniejsze wstrząsy miały miejsce we wrześniu 1927 roku, ich skutki i seria wstrząsów wtórnych ciągnęły się przez kolejne lata, wpływając na infrastrukturę turystyczną i mieszkaniową Krymu na początku lat 30. Było to jedno z najsilniejszych zarejestrowanych trzęsień ziemi w tym regionie, które spowodowało osunięcia ziemi i zniszczenia w Jałcie oraz Sewastopolu. 2. Susze i „Czarne Burze” (1931–1934) Ekstremalne susze: W latach 1931 i 1932 południowe regiony ZSRR (Ukraina, Kubań, Kazachstan) dotknęły dotkliwe susze, które zniszczyły plony. Erozja gleby: Gwałtowna orka ogromnych połaci stepu pod kołchozy doprowadziła do degradacji ziemi. Skutkowało to potężnymi burzami pyłowymi, które zasypywały pola i niszczyły resztki wegetacji. 3. Powodzie na Dalekim Wschodzie W latach 30. rzeka Amur oraz jej dopływy regularnie wylewały, niszcząc nowo powstające osady przemysłowe. Powodzie te były wynikiem gwałtownych monsunowych deszczów latem, co w połączeniu ze słabą infrastrukturą przeciwpowodziową prowadziło do odcinania całych regionów od dostaw żywności. 4. Lawiny i mrozy w obozach Gułagu Choć trudno nazwać mróz „katastrofą” w warunkach syberyjskich, to ekstremalne zjawiska pogodowe w latach 30. (np. zima 1936/37) miały charakter masowej klęski żywiołowej dla milionów ludzi pracujących przy budowie Kanału Białomorsko-Bałtyckiego czy w kopalniach Kołymy. Nagłe spadki temperatury poniżej −50∘C oraz potężne burze śnieżne paraliżowały transport i logistykę całego państwa." Susze i "Czarne Burze" w ZSRR są w koincydencji czasowej z Dust Bowl w USA. Zaczynają się w 1931 roku. Ciekawe, że największa powódź na rzece Jangcy również zdarzyła się w 1931 roku. Wygląda na to, że jakiś kosmiczny kataklizm dotknął planetę na przełomie lat 20-tych i 30-tych. Spójrzmy na nasze polskie podwórko. Zapytałem Gemini AI jak to było z Polską. Tak mi odpowiedział: "W Polsce w latach 30. XX wieku rolnictwo borykało się z poważnymi problemami klimatycznymi. Choć II Rzeczpospolita uniknęła katastrofy na skalę radzieckiego Hołodomoru, to zjawiska naturalne w połączeniu z Wielkim Kryzysem gospodarczym doprowadziły do skrajnej biedy na wsi. Oto kluczowe okresy i zjawiska: 1. Wielka susza 1930 roku Początek dekady przyniósł jedną z najbardziej dotkliwych susz w historii międzywojennej Polski. Zasięg: Objęła głównie wschodnie i centralne województwa. Skutki: Gwałtowny spadek zbiorów zbóż i roślin okopowych. Brak paszy doprowadził do masowego wybijania bydła, co jeszcze bardziej uderzyło w dochody rolników, którzy i tak cierpieli z powodu niskich cen płodów rolnych na rynkach światowych. 2. Plagi szkodników i nieurodzaj (1932) W 1932 roku susza powróciła, a towarzyszyły jej plagi owadów (m.in. niezmiarki paskowanej), które dziesiątkowały uprawy. W tym okresie polska wieś była w stanie krytycznym – historycy wspominają o zjawisku "głodu przednówkowego", gdzie na przednówku rodziny chłopskie żywiły się lebiodą i korą drzew. 3. Katastrofalna powódź 1934 roku W lipcu 1934 roku południową Polskę nawiedziła największa powódź w historii II RP. Zniszczeniu uległy tysiące gospodarstw w dorzeczu Wisły i Dunajca. Woda zniszczyła setki tysięcy hektarów upraw tuż przed żniwami, co spowodowało lokalny głód i konieczność organizowania pomocy państwowej. Widać problem był ogólnoświatowy. Wielki kryzys mógł być legendą wymyśloną, aby ukryć katastrofę kosmiczną. Co na temat Wielkiego Kryzysu ma do powiedzenia Gemini?: "Wielki Kryzys (1929–1933) drastycznie uderzył w rolnictwo, powodując krach cen produktów rolnych (spadek o ok. 64% w latach 1929–1933) oraz zjawisko "nożyc cenowych", gdzie ceny żywności spadały znacznie szybciej niż ceny artykułów przemysłowych. Rolnicy, zwiększając podaż w odpowiedzi na niższe ceny, pogłębiali kryzys, co doprowadziło do bankructw, drastycznego zubożenia wsi i wzrostu interwencjonizmu państwowego. Kluczowe aspekty Wielkiego Kryzysu w rolnictwie według Gemini AI: 1. Nadpodaż i drastyczny spadek cen. Na początku lat 30. rynki zostały zalane żywnością, której nikt nie mógł kupić. Ceny produktów rolnych spadły średnio o 50–60%. Efekt: Rolnikom bardziej opłacało się niszczyć plony, niż je sprzedawać. W USA palono zboże w lokomotywach zamiast węgla, a w Brazylii do oceanu wyrzucono miliony worków kawy, by ratować jej cenę. Nożyce cen: Ceny produktów rolnych spadały znacznie szybciej niż ceny towarów przemysłowych, co doprowadziło do bankructwa milionów gospodarstw. 2. Protekcjonizm i załamanie handlu międzynarodowego Państwa, chcąc chronić własnych rolników, nakładały ogromne cła na żywność z importu (np. amerykańska ustawa Smoota-Hawleya). Skutek: Międzynarodowy handel żywnością praktycznie zamarł. Kraje, które opierały swoją gospodarkę na eksporcie jednego produktu (np. cukier na Kubie, pszenica w Argentynie czy w Polsce), popadły w katastrofalną nędzę. 3. Przymusowe ograniczanie produkcji Aby podnieść ceny, rządy zaczęły płacić rolnikom za to, by... nie produkowali. W USA w ramach programu New Deal (ustawa AAA) nakazywano zaorywanie pól i wybijanie inwentarza żywego, co budziło ogromne kontrowersje w czasie, gdy w miastach ustawiały się kolejki po darmową zupę. Jakie są główne wnioski z tego opisu?
Została ograniczona ilość żywności na rynkach światowych, niszczono żywność już wyprodukowaną, państwa cłami broniły się przed napływem obcej żywności. Wniosek; duża część żywności nie nadawała się do jedzenia, więc ją niszczono i nie wpuszczano do kraju. To poniekąd potwierdza hipotezę kosmicznej katastrofy przełomu lat 20/30 - tych. Wymyślono bajeczkę o Wielkim Kryzysie, bo z jakiś powodów rządy nie chciały ujawnić tej katastrofy. Powracając do Związku Radzieckiego. Kraj Rad wyniszczony wojną z Japonią, pierwszą wojną światową, rewolucją październikową, wojną z Polską i wojnami o utrzymanie poszczególnych republik w składzie państwa cierpiał na brak żywności. Jakaś tajemnicza katastrofa kosmiczna spotęgowała to zjawisko. Nie neguję istnienia terroru w ZSRR, ale prawdopodobnie był na dużo mniejszą skalę niż nam się to mówi. Prawdopodobnie głównymi przyczynami znikania ludzi były migracje za chlebem, śmierć głodowa, śmierć od chorób z niedożywienia. Później dopisano legendę Wielkiego Terroru. Wszystkim to było na rękę. Ukryto katastrofę kosmiczną z przełomu lat 20 i 30 -tych, na Zachodzie można było straszyć ludzi okrutnym komunizmem i Związkiem Radzieckim, a władze radziecki wolały uchodzić za okrutników, niż za nieudaczników, którzy nie są w stanie wyżywić ludności kraju. Dość często chodzę nad Zalew w Krakowie - Nowej Hucie. Czytam tam książki, robię zdjęcia, filmuję niebo. Gdy czytam książki, to kładę obok siebie chiński aparat fotograficzny ustawiony na filmowanie w trybie poklatkowym. Aparat leży obok mnie nieruchomo i obserwuje niebo. Czasem dziwne rzeczy się pokazują. Na przykład 27 sierpnia tego roku sfilmowałem przypadkowo taki obiekt. Nie wiem co to jest i pewnie nie zobaczyłbym tego, gdyby nie przypadek, że akurat na tym kadrze zatrzymałem film. Obiekt może był na dwóch kadrach. Dzisiaj, kiedy to pisze, czyli we środę 22 października sfilmowałem coś takiego: Obiekt poruszał się w chaotyczny sposób po niebie. Aparat leżał nieruchomo więc nie mogło to być drżenie np. ręki. Filmy nieba umieszczam na swoim YouTube-owym kanele Jack Mac Lase. To jakby ktoś chciał sobie pooglądać niebo nad Nową Hutą. Ale nie o tym chciałem pisać. Oprócz filmowania nieba i czytania książek robię też zdjęcia swoją Motorolą. Wiele zdjęć zrobiłem nad Zalewem, ale wczoraj na niebie nad drzewami pojawiła się zielonkawa poświata. Poświata znajdowała się w kierunku zachodnim, a właściwie południowo - zachodnim. Poniżej pokazuję zdjęcie. Taka zielonkawa poświata jest widoczna podczas trwania zorzy polarnej. Według Wikipedii: "Powstawanie zjawiska związane jest z przepływem prądu w jonosferze na wysokości około 100 km ponad powierzchnią Ziemi, w obszarze przenikania pasów radiacyjnych i górnej atmosfery ziemskiej. Słońce stale emituje strumień naładowanych cząstek, czyli wiatr słoneczny. Podczas rozbłysków Słońce wyrzuca większe ilości takich cząstek; należą do nich protony o energiach do 1 GeV oraz elektrony o kilka rzędów wielkości mniejszej energii (co wynika z mniejszej masy spoczynkowej tych cząstek). W pobliżu Ziemi tory lotu tych cząstek są odchylane przez ziemskie pole magnetyczne. Schwytane przez ziemską magnetosferę cząstki poruszają się po torze o kształcie helisy wzdłuż linii pola magnetycznego łączących obydwa ziemskie bieguny magnetyczne, powodując wzbudzenia atomów w obszarze polarnym, a skutkiem tego świecenie zorzowe. Atmosfera na dużych wysokościach jest zjonizowana i rozrzedzona, co jest przyczyną także emisji linii wzbronionych. Świecenie zorzowe tworzy ponad 270 linii emisyjnych, głównie tlenu i azotu" Ale skąd w Krakowie zorza polarna i to widoczna w biały dzień? Może to jakaś część eksperymentów geoinżynieryjnych związanych z zastosowaniem mikrofal? Wiemy, że HAARP może wywoływać sztuczne zorze polarne. Poniżej przedstawiam zdjęcie zaczerpnięte z pracy pani Anny Kotasińskiej "HAARP - puszka Pandory XXI wieku" Powracając do moich zdjęć, to tak się złożyło, że w tym dniu dotarł do mnie z Chin miernik pola elektromagnetycznego Mestek EMF02R, który postanowiłem przetestować w tym czasie nad Zalewem. Okazało się, że najsilniejszy sygnał E-M pochodził właśnie z tej zielonkawej plamy na niebie. Na drugi dzień też przyszedłem z tym urządzeniem nad Zalew, ale żadnych anomalii nie stwierdziłem. Gdy potem zacząłem sprawdzać kierunek skąd pochodził sygnał, to okazało się, że zgadzał się z kierunkiem stacji bazowej we Francji, z którą połączył się mój telefon na 6 dni przed rozpoczęciem wojny w Izraelu, co opisałem w artykule "Zasięg stacji bazowej 5 G - tajemnicza obserwacja. Czy to jakiś test?" Poniżej pokazuję obrazy z Google Maps pokazujące kierunek skąd pojawiła zorza i miejsce we Francji z którym była stacja bazowa telefonii komórkowej z którą połączył się mój telefon znajdujący się w Nowej Hucie. Nie jest wykluczone, że w tamtym rejonie Francji znajduje się urządzenie analogiczne do amerykańskiego HAARPa, o którym opinia publiczna nic nie wie.
Jeżdżąc trochę po świecie zauważyłem, że kraje mają własne historie i każda z nich nie jest kompatybilna z historią sąsiadów. Na przykład pracując w Niemczech dowiedziałem się od Niemców, że w 1939 roku Polska robiła prowokacje wobec Niemiec, żeby skłonić Hitlera do ataku. Myślałem, że żartują, ale mówili poważnie. Teraz widząc, co wyrabiają polskie władze wobec Rosji i Białorusi, dochodzę do przekonania, że to co mówili Niemcy mogło być prawdą. Pracując w Japonii usłyszałem historię wojny amerykańsko - japońskiej zupełnie różną od narracji anglosaskiej, którą my przyjmujemy za prawdę. Na Filipinach dowiedziałem się, że obóz koncentracyjny Auschwitz wyzwolili Amerykanie. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać kto właściwie wygrał, a kto przegrał II wojnę światową. Napisano miliony książek, artykułów i nakręcono tysiące filmów. Niby wszystko wiadomo, a jednak nie. Oficjalnie wiemy, że zwycięzcami byli: ZSRR, USA, Wielka Brytania i Francja, a głównymi przegranymi: Niemcy i Japonia. Ale jak się bliżej przyglądnąłem zagadnieniu, to sprawa zaczęła wyglądać zgoła inaczej. Według sztucznej inteligencji: Liczby ludności na rok 1939 w Wielkiej Brytanii nie udało mi się znaleźć, ale znalazłem największą liczbę ludności jaką osiągnęło imperium brytyjskie (gdzieś około roku 1925) - 425,4 mln ludzi. Wtedy liczba ludności na świecie wynosiła około 2ch miliardów. Czyli co piaty mieszkaniec Ziemi mieszkał w imperium Brytyjskim. Przeliczając to na obecną liczbę ludności Wielka Brytania powinna liczyć około 1,6 miliarda ludzi, a liczy niecałe 70 milionów. Obecna powierzchnia Wielkiej Brytanii to 244 820 km². Widać gołym okiem, że druga wojna światowa uruchomiła procesy w wyniku których Wielka Brytania poniosła największe straty terytorialne i ludnościowe spośród wszystkich państw zaangażowanych w tą wojnę. Podobnie jest z Francją. Francja do drugiej wojny światowej była drugim największym imperium świata. Wygląda na to, że największymi przegranymi były Anglia i Francja, a nie Niemcy i Japonia. Spójrzmy teraz na wygranych i przegranych w tak podstawowej sprawie jak dostęp obywateli to czystej wody. O Rosji - spadkobierczyni Związku Radzieckiego nie będę pisał bo wiadomo jak jest. Porównam przegranego - Niemcy ze zwycięzcą - USA. Najpierw Niemcy. A teraz USA: To kto właściwie wygrał, a kto przegrał II wojnę światową? Kiedyś napisałem artykuł mówiący, że Niemcy po stu latach wygrali I wojnę światową. Być może II wojna nadal trwa? Mimo milionów, jeśli nie miliardów, badań, artykułów książek, filmów, wypowiedzi mądrych osób, prac magisterskich, doktoratów, habilitacji do tej pory tak na prawdę nie wiemy kto wygrał, a kto przegrał II wojnę światową, to co dopiero mówić o odleglejszych wydarzeniach. Bezpośrednie relacje możemy mieć od dziadków. Dziadkowie mogą nam powiedzieć, co opowiadali im ich dziadkowie. Czyli pamięć rodu może sięgnąć 100 - 150 lat wstecz. Co było wcześniej, to nie wiemy. Można nam wmówić wszystko. Ktoś powie, że przecież są kroniki, dokumenty itp. To teraz chciałbym przyjrzeć się bliżej możliwościom pozyskiwania danych z przeszłości. Tradycja oralna, czyli przekazy mówione - wszelkie formy przekazywanej ustnie z pokolenia na pokolenie. Weźmy takiego Aleksandra Wielkiego. Umarł w roku 323 p.n.e., a jego pierwsza biografia została napisana w I wieku naszej ery przez Kwintusa Kurcjusza Rufusa, czyli ponad 300 lat po jego śmierci. Przez ten czas istniała tylko tradycja mówiona. I teraz pytanie. Ile możemy powiedzieć o Tadeuszu Kościuszce opierając się tylko na przekazach rodzinnych, pamięci dziadków i pradziadków, a nie na tym czego uczono nas w szkole? Ani chybi nic. Gdyby nie było szkoły, to pewnie ktoś połączyłby szewca Skubę z Janosikiem i Wyrwidębem i otrzymałby Kościuszkę. I tyle byśmy o nim wiedzieli. A ten kto ustala szkolny program historii może sobie cokolwiek wpisać. Tradycja pisana - kroniki, listy itp Czyli ktoś coś pisze, co gdzieś usłyszał lub wymyślił sobie. Ja też piszę wiele w internecie i pewnie za 1000 lat naukowcy uznają to za prawdę objawioną. W średniowieczu mnisi pisali kroniki. Taki mnich siedział w klasztorze, coś tam usłyszał od kupców, czy innym ludzi, którzy przychodzili do niego na plotki i pisał to w kronice. Z jakiś tajemniczych psychologicznych powodów ludzie bardziej wierzą słowu pisanemu niż mówionemu. Czyli jeśli powiem jakąś bzdurę, to wszyscy puszczą to mimo uszu, albo się zaśmieją. Ale jeśli tą samą bzdurę zapiszę, to część ludzi zacznie się zastanawiać, czy to nie jest prawda. I tak samo może być z kronikami. Artefakty Przedmioty z dawnych czasów maja nas przekonać do pewnych wydarzeń historycznych. Przytoczę fragment posta który zamieściłem lata temu o Wielkiej Lechii: "Ja się zastanawiam, co powiedzą o naszych czasach badacze, za na przykład 10 000 lat. Zwróćmy uwagę jak ubogi jest materiał archeologiczny sprzed 2- 3 tysięcy lat, szczególnie z terenów Polski. Co będzie za dziesięć tysięcy lat? Obawiam się, że większość naszych współczesnych wyrobów do tego czasu nie będzie istnieć, bo wszystko obecnie ma być eko i musi być biodegradowalne. Coraz więcej ludzi po śmierci poddaje swoje ciała kremacji, więc szkieletów też nie będzie. Może się okazać, że masowy napływ emigrantów do Europy skłoni większość białej populacji do emigracji na inne kontynenty, na przykład do Afryki, której ludność właśnie licznie przybywa do Europy. Coraz mniej się teraz zapisuje na papierze, czy innych materiałach, a większość na dyskach komputerów, a jeszcze lepiej w chmurze. Może się okazać, że za 10 000 lat te zasoby będą niedostępne. Choćby z tego prostego powodu, że wtedy nie będzie się używało prądu elektrycznego, a ludzie będą posiadać komputery fotonowe zasilane światłem i prowadzące operacje logiczne za pomocą światła. Prąd elektryczny może nie być już potrzebny. Z prądem elektrycznym jest jak z pieniędzmi. W zasadzie nie potrzebujemy pieniędzy, tylko dobra, które za nie możemy nabyć jak jedzenie, ubranie etc. Pieniądze służą nam tylko do tego, żeby te dobra nabyć w czasie, gdy nam są potrzebne. Są jakby wygodnym rezerwuarem dóbr. To samo jest z prądem elektrycznym i energią elektryczną. Człowiekowi energia potrzebna jest w postaci światła, ciepła, ruchu. Energia elektryczna zupełnie do życia nie jest potrzebna, ale stosunkowo łatwo i wygodnie można ją przechowywać, transportować i zmieniać na inne formy energii. Może się okazać, że za jakiś czas światło zastąpi prąd elektryczny. Dzięki światłowodom łatwo je będzie transportować, w jakiś sposób zacznie się je magazynować i zmieniać na inne formy energii. Można sobie wyobrazić sytuację, że energia będzie magazynowana na orbicie okołoziemskiej w postaci rotujących mas, a następnie energia kinetyczna ich ruchu będzie przekształcana bezpośrednio na światło i laserami przekazywana na powierzchnię Ziemi, gdzie zostanie zamieniona na inne formy energii. Czyli za niedługi czas prąd elektryczny może pójść w zapomnienie. Wyobraźmy sobie, że za 10 000 lat czarni archeolodzy mieszkający na terenie obecnej Polski znajdują smartfon Huawei. Nie będą wiedzieli do czego służył, bo prąd elektryczny tysiące lat wcześniej poszedł w zapomnienie. Prawdopodobnie okres na który będzie datowany ten smartfon nazwą kulturą smartfonów dotykowych i uznają, że ten obiekt archeologiczny służył kobietom z dalekiej przeszłości do przeglądania się podczas zabiegów kosmetycznych. Nie będzie to dalekie od prawdy. Jeśli na smartfonie będą naklejone jakieś emotikony, to uznają, że ludność w tamtych czasach posługiwała się pismem piktograficznym. Oczywiście największe znaleziska Huawei będą na terenie obecnych Chin, więc przyszli archeolodzy dojdą do wniosku, że ludność zamieszkująca tereny obecnej Polski w dawnych czasach, czyli w czasach nam współczesnych była rasy żółtej. To były rozważania na temat smartfona. A co będzie, gdy przyszli archeolodzy znajdą podziemną bazę rakietową np. na Krymie? Rakieta będzie stała, niezdatna do niczego, gdzieś pod jakąś kopułą, która dawno temu się otwierała, ale za 10 000 lat już otwierać się nie będzie. Pewnie dojdą do wniosku, że to była świątynia jakiegoś kultu fallicznego." A teraz podam przykład z bliskiej przeszłości z archiwum mojej świętej pamięci mamy. Ona trzymała praktycznie wszystkie dokumenty. I wśród nich znalazłem "Policyjne zameldowanie" z czasów Generalnej Guberni. Poniżej jest meldunek z 1 listopada 1944 roku. Na meldunku jest jakaś czerwona pieczątka. I teraz meldunek z 10 lutego 1945 roku. Na nim również jest czerwona pieczątka, tylko że już z innym napisem. Za 50 czy za 100 lat pieczątka wyblaknie i będzie nie do odczytania. I ktoś wtedy znajdzie ten dokument i powie: " Hola, hola, jak to Rosjanie wkroczyli do Krakowa 18 stycznia 1945 roku, jeśli ja mam dokument mówiący, że Generalna Gubernia funkcjonowała w najlepsze jeszcze 10 lutego 1945 roku." Jasnym jest, że Miejsku Urząd Obwodowy używał niemieckich druków, bo nie miał jeszcze swoich. Ale przyszły odkrywca nie będzie o tym myślał, tylko będzie podważał panującą wersję dokumentem z dawnych lat. W dokumentach mojej mamy było świadectwo szkolne mojego dziadka z 1914 roku. Dziadek mieszkał w Tarnowie, który wtedy należał do Cesarstwa Austro - Węgierskiego. I jakie języki były używane w cesarstwie? Najważniejszym językiem był język niemiecki. A tu świadectwo mojego dziadka, jakby nie było dokument urzędowy, było napisane po polsku. Mało tego, jako kraj zamieszkania została wskazana Galicja, a nie żadne Austro - Węgry. I za kilkadziesiąt lat ktoś przejmie ten dokument i będzie się upierał, że w 1914 roku Cesarstwo Austro - Węgierskie już nie istniało, a Tarnów leżał w kraju o nazwie Galicja, gdzie mówiono po polsku. Niekiedy mogło dochodzić do oszustw z różnych powodów. A to z pobudek patriotycznych, chęci sławy czy zarobku. Potem takie oszustwo bardzo ciężko jest zdemaskować, bo mnóstwo osób jest zainteresowanych, by nie wyszło ono na jaw. Weźmy najpierw historyczny przykład prawdopodobnego oszustwa, a później zajmiemy się hipotetycznymi przykładami. Idol ze Zbrucza Generalnie nie wiadomo kto go znalazł, kiedy i gdzie. Wiadomo, że w końcu znalazł się u Macieja Potockiego, który przekazał go Towarzystwu Naukowemu Krakowskiemu. Wątpliwości jest wiele: "Na przykład poziom detali jest podejrzany. Zwraca też uwagę dobry stan zachowania, mimo rzekomego przebywania w rzece przez dziesięć stuleci. Jest też masa innych wątpliwych szczegółów (m.in. szabla, która nie przypomina słowiańskiej, czy obrączka nie stosowana przez dawnych Słowian). Dlatego niektórzy badacze skłaniają się ku tezie, że posąg jest mistyfikacją na nurcie tendencji polskiego romantyzmu do gloryfikowania słowiańskości. Nie przypadkowym może być fakt, że w pobliżu miejsca odnalezienia posągu lubił się przechadzać Tymon Zaborowski, romantyczny poeta, który pisał o dawnych Słowianach" National Geographic obstaje przy autentyczności posągu: "„Przez niemal sto siedemdziesiąt pięć lat nikt nie był w stanie jednoznacznie dowieść fałszywości pogańskiego posągu. Jest to dla mnie jednym z najsilniejszych argumentów za jego autentycznością. Tego rodzaju mistyfikacje upadają zdecydowanie szybciej, zwłaszcza przy tak gigantycznym naukowym zainteresowaniu” – podsumuje Jakub Kuza." Ale nie dodaje, że przez te lata nikt nie był zainteresowany by ujawnić oszustwo. W czasie, gdy posąg przybył do Krakowa mówienie, a tym bardziej wykazanie, że to jest fałszywka byłoby niepatriotyczne i można było być posądzonym o sprzyjanie zaborcom, a dodatkowo Towarzystwo Naukowe Krakowskie chciało wykazać się sukcesem. Potem nagromadziło się tyle prac naukowych i książek dowodzących oryginalności posągu, że udowodnienie czegoś przeciwnego graniczy z niemożliwością. Oczywiście jest również taka możliwość, że to faktycznie jest starosłowiański posąg sprzed chrystianizacji Polski. Oprócz pobudek patriotycznych lub chęci uzyskania sławy odkrywcy były oczywiście pobudki czysto finansowe. Weźmy hipotetyczny przykład osiemnasto- czy dziewietnastowiecznego właściciela ziemskiego, który chce sprzedać jakąś część swojej ziemi, a nie może uzyskać za nią dobrej ceny. Wtedy na świecie panuje szał odkryć archeologicznych, a to w Grecji, we Włoszech czy w Egipcie. Dlaczego on by miał czegoś nie znaleźć na swojej ziemi, co podniosło by wartość gruntów? Zleciłby jakiemuś mincerzowi wytworzenie srebrnych monet, które stylizowane by były na staroarabskie, rzymskie czy greckie. zakopałby na swoim polu. Następnie po jakimś czasie kazałby, pod pretekstem jakiś tam prac ziemno - rolnych, przekopać grunt w tym miejscu. Oczywiście pod jego nadzorem. Chłopi znaleźliby monety i wieść by się rozniosła, że na tym polu ukryte są skarby. Cena gruntu by wzrosła, bo potencjalni nabywcy mieliby nadzieje znaleźć tam coś więcej, A i na sprzedaży "znalezionych" monet można by było coś zarobić. Monety trafiłyby do prywatnych kolekcji czy ośrodków nauki i badacze opisywaliby nowe rodzaje starożytnych czy średniowiecznych monet. Wytyczaliby nowe antyczne szlaki kupieckie itp. I wszyscy byliby zadowoleni. I nikt nie podważałby prawdziwości znaleziska, bo wszystkim zależałoby, żeby uznać je za prawdziwe. I tworzyłoby się nowe fakty historyczne, które nigdy nie zaistniały. A czy w dzisiejszych czasach możliwe byłyby podobne oszustwa? Jak najbardziej tak. Weźmy hipotetyczny przykład. Przedsiębiorca buduje hotel w Pieprzykowicach Górnych. Nikt tam nie przyjeżdża. Biznesmen ponosi straty. Więc co robi? Kupuje na Temu takie monety. Albo takie. A najlepiej takie. Zakopuje te monety w jakimś okolicznym nieuczęszczanym miejscu i czeka powiedzmy rok. Po roku namawia grupę detektorystów, żeby przeszukali wskazaną przez niego okolicę, bo słyszał, że mogą tam być artefakty z II wojny światowej, a nawet z pierwszej. Detektoryści znajdują monety i zaczyna się. Przedsiębiorca namawia sołtysa Pieprzykowic Górnych, żeby nie oddawał nigdzie skarbu, tylko wybudował lokalne muzeum za pieniądze z Unii Europejskiej. Pieprzykowice występują o dotacje z Unii Europejskiej i innych źródeł pieniędzy na budowę muzeum, dróg i innej infrastruktury wokółmuzealnej. Archeolodzy piszą publikacje naukowe o tym odkryciu cytując się wzajemnie, aby podnieść swój indeks Hirscha. Występują o granty naukowe. Wytyczają nowy historyczny "jedwabny szlak" przechodzący przez Pieprzykowice Górne. Jakiś stary rozpadający się wychodek zakwalifikowany zostaje jako historyczna rezydencja bogatego chińskiego kupca. Powstają nowe prace naukowe na temat tej rezydencji. I teraz niech ktoś spróbuje odkręcić to wszystko i udowodnić, że monety zostały zakupione na Temu, a chińska rezydencja to stary wychodek. Zbyt wiele osób jest zaangażowanych w tworzenie fikcji, żeby to się udało. I w ten sposób powstanie nowa "prawda historyczna". Oficjalna narracja historyczna nie pasowała już Heribertowi Illigowi, który zasugerował "czas widmowy" na okres miedzy VII, a X wiekiem: "Illig argumentuje swoją tezę również faktem niedoboru dowodów archeologicznych datowanych na okres 614 - 911, na postrzeganych nieprawidłowościach przy datowaniu radiometrycznym i dendrochronologicznym oraz na nadmiernym poleganiu na źródłach pisanych historyków zajmujących się średniowieczem. Illig uważa także, że obecność architektury romańskiej w dziesiątym wieku jest dowodem na to, że minęło wtedy mniej niż pół tysiąclecia od momentu upadku cesarstwa zachodniorzymskiego, wnioskuje także, że okres Karolingów, w tym osoba Karola Wielkiego, jest mistyfikacją, dokonaną na zlecenie Ottona III i papieża Sylwestra II." Fomienko i Nosowski również nie wierzą w datowanie radiowęglowe i dendrochronologiczne.: "Fomenko jest jednym z autorów koncepcji manipulacji chronologią historyczną, zwanej Nową Chronologią. Fomenko twierdzi, że odkrył nowe metody empiryczno-statystyczne i ich zastosowanie do ustalenia, że wiele wydarzeń historycznych nie odpowiada datom, w których powinny nastąpić. Na tej podstawie twierdzi, że cała historia starożytna (w tym historia Grecji, Rzymu i Egiptu) jest jedynie odbiciem wydarzeń, które miały miejsce w średniowieczu, a cała historia Chin i Arabów to wymysły jezuitów z XVII i XVIII wieku. Fomienko jest autorem, a niekiedy współautorem kilku książek analizujących kroniki historyczne, a także chronologię starożytności i średniowiecza. Twierdzi również, że Jezus żył w XII wieku n.e. i został ukrzyżowany na Wzgórzu Jozuego; że wojna trojańska i krucjaty były tym samym wydarzeniem historycznym; i że Czyngis-chan i Mongołowie byli w rzeczywistości Rosjanami, że ziemie na zachód od Trzynastu Kolonii, które obecnie tworzą Amerykański Zachód i Środkowy Zachód, stanowiły dalekowschodnią część „Imperium Syberyjsko-Amerykańskiego” przed jego rozpadem w 1775 roku, oraz wiele innych twierdzeń, które przeczą konwencjonalnej historiografii. Oprócz kwestionowania chronologii pisanych, Fomienko kwestionuje również naukowe techniki datowania, takie jak dendrochronologia i datowanie radiowęglowe" Nie jest wykluczone, że maja rację. Fomienko zwrócił uwagę, że do XVIII, a nawet w niektórych przypadkach do XIX wieku datę zapisywano trzema cyframi, a przed datą stawiano J, I albo J z ogonkiem na dole (J,) a nie 1. Pokazuję to na przykładach wieży kościoła Mariackiego w Krakowie i na starych monetach (oczywiście zakupionych na Temu). Pomyślałem sobie, że skoro wszyscy wokół tworzą historię, to może i ja potworzę historię na własne potrzeby i na potrzeby moich potomków, że nie wypadliśmy krowie spod ogona, tylko mamy szlachetnych przodków. Najpierw sprawdziłem kiedy pierwszy raz pojawiło się nazwisko Jaworski. Gemini AI odpowiedział: Najwcześniejsze wzmianki już mam, a teraz czy pomiędzy najstarszymi wzmiankami o Jaworskich, a mną był jakiś sławny przodek. No i jest, mam hrabiego w linii przodków; "Nadany w Galicji 27 czerwca 1782 Józefowi Jaworskiemu, synowi Andrzeja Antoniego. Podstawą nadania tytułu był patent z 1775, pełniony urząd ziemski, tytuł barona (zob. Jaworski Baron). Wraz z nim, tytuł otrzymał jego brat, Gabriel." Hrabia Jaworski miał poniższy herb. Spytałem ChatGPT, czy jest historyczne połączenie miedzy Jackiem Jaworskim i Romanem Jaworskim, a którymś z hrabiów Jaworskich. ChatGPT wygenerował mi rodowód: "Teodor Bobronicz Jaworski, mąż znamienity i obywatel galicyjski, zapisał się w pamięci potomnych jako protoplasta rodu hrabiów Jaworskich.Z jego rodu wywodził się Andrzej Antoni Jaworski, mąż mądry i zasłużony dla Królestwa Galicji, który za wierną służbę monarsze i krajowi wychował syna Gabriela Jaworskiego, odznaczonego tytułem hrabiowskim w dniu 27 czerwca 1782 roku. Gabriel hrabia Jaworski, mąż roztropny i rycerskiego ducha, z małżeństwa swego pozostawił córkę oraz syna Kazimierza Jaworskiego (ur. 1791 – zm. 1857), który w młodości poświęcił się naukom i służbie publicznej. Z Kazimierza zrodził się Wojciech Jaworski (ur. 1816 – zm. 1889), człowiek światły i czynny, a jego synem był Ksawery Jaworski (ur. 1839 – zm. 1901), właściciel dóbr ziemskich i strażnik tradycji rodowej. Z pokolenia Ksawerego pochodził Andrzej Jaworski (ur. 1863 – zm. 1917), który był ojcem Franciszka Jaworskiego (ur. 1891 – zm. 1926) i dziadem Eugeniusza Jaworskiego. Franciszek Jaworski pojął za żonę Annę (ur. ok. 1895 – zm. 1922). Z ich związku narodził się Eugeniusz Jaworski (ur. 20 IX 1919 – zm. 3 III 2017), główny księgowy w przedsiębiorstwie CPN, człowiek obowiązku i honoru. Jego małżonka, Władysława z Lipensky Jaworska, urodzona 9 X 1927, zmarła 9 II 2025, była również księgową – kobietą pracowitą, wierną i oddaną rodzinie. Z tego związku przyszli na świat dwaj synowie: Roman Jaworski (ur. 22 XI 1963) oraz Jacek Jaworski (ur. 16 VIII 1967). Roman Jaworski jest ojcem Kacpra Jaworskiego (ur. 28 V 1996), który stanowi najmłodsze ogniwo w tej szlachetnej linii, niosąc w sobie ducha przodków." Oczywiście wygenerował mi to też w wersji ozdobnej, co zamieszczam poniżej: Rodowód już mam. Srebrne pierścienie rodowe z herbem hrabiów Jaworskich też się pojawiły. Jestem już hrabią. Przydałoby się zostać bohaterem. Mówisz i masz. Jest i szabla upamiętniająca moje bohaterskie czyny. "Jackowi Jaworskiemu w uznaniu męstwa", jeśli ktoś nie mógłby się doczytać. Nie dość, że hrabia, to jeszcze bohater.
Może moje dzieci, jeśli będę je miał, mogą w to nie bardzo wierzyć. Ale wnuki i prawnuki będą przekonane o tym, że są z rodziny hrabiowskiej. Wiedząc, że w latach 20-tych XXI wieku była straszliwa pandemia i wielka wojna, bo tak ich będą uczyć w szkole, dorobią jakąś hagadę do dziejów rodziny i wyjdzie na to, że dziadek Jacek był nie lada kozakiem. W ostatnim czasie na kanale YouTube Towarzystwa Sympatyków Wawelu ukazał się wykład sugerujący, że na głębokości około 100 metrów pod Nową Hutą w Krakowie znajdują się tajemnicze tunele. Podczas testu urządzenia PQWT w lesie nieopodal kombinatu zostały uzyskane takie oto wyniki, jakie są przedstawione powyżej. Na rysunku widać różowy pięciokąt na głębokości około 100 metrów o wymiarach 5 x 15 metrów i głębiej czerwoną linię na głębokości około 130 metrów. Zarówno pięciokąt jak i linia mogą być tunelami. Pomiary zostały powtórzone kilka miesięcy później i były wykonywane dla głębokości 100, 150 i 300 metrów i analizowane z pomocą sztucznej inteligencji. Wynik dla głębokości pomiaru 150 metrów przedstawiony jest poniżej. Pomiary zostały wykonane w dużym przybliżeniu prostopadle do siebie. Oto co sztuczna inteligencja powiedziała na temat pomiarów dla głębokości 100 metrów: A tak zinterpretowała wyniki dla głębokości 150 metrów: Nie będę tu przytaczał wyników pomiarów dla 300 metrów. Podam tylko konkluzję: I komentarz sztucznej inteligencji: Na poniższych zdjęciach przedstawione jest zdjęcie z Google Maps okolicy, gdzie został wykonany pomiar i obiektu o współrzędnych 50.072395, 20.060183. Następnie zdjęcie lidarowe z geoportalu tego terenu. Zdjęcie lidarowe sugeruje, że górka nie jest naturalnym tworem. Poprzez górę przechodzi prostokątny pas. W dolnym rzędzie przedstawione są zdjęcia obiektu o współrzędnych 50.072395, 20.060183, który może mieć związek z płytkimi pustkami na głębokości 15 metrów i jego okolicy. Zastanawiam się czy te tunele, jeśli faktycznie istnieją, nie mają związku z niemożnością zbudowania metra w Krakowie. O budowie metra mówi się co najmniej od lat 1960-tych. I jakoś stale coś się dzieje, że projektu nie można zrealizować. Być może te tunele rozpościerają się pod całym Krakowem i ci co maja o nich wiedzieć, to wiedzą i nie pozwalają ich tknąć.
Wczoraj media obiegła wiadomość, że były minister zdrowia został pobity. Ale chyba niegroźnie, bo "Fakt" doniósł, że: "Dyrektor medyczny Mazowieckiego Szpitala Wojewódzkiego w Siedlcach, dr Mariusz Mioduski, potwierdził w rozmowie z PAP, że poszkodowanym jest były minister zdrowia Adam Niedzielski. — Nie są to bardzo poważne obrażenia — ocenił i dodał, że bardzo prawdopodobne jest, że pacjent "nie będzie kwalifikował się do hospitalizacji, ale na razie trwa jeszcze diagnostyka"." W ostatnim okresie mamy jakieś dziwne przypadki wypadków wysokiej rangi polityków. A to podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości Dariusz Mazur miał tajemniczy wypadek na rowerze A to premier Donald Tusk skręcił sobie nogę na nartach. Że nie wspomnę o uciętym palcu byłego już prezydenta Andrzeja Dudy i o złamanym palcu serdecznym Jarosława Kaczyńskiego. Gazety potrafią rozpisywać się o miłości do psów pani Agaty Dudy, a wypadki wysokiej rangi polityków traktują po macoszemu. Bardzo to dziwne. Powracając do byłego ministra zdrowia cała sprawa wygląda bardzo tajemniczo. Adam Niedzielski został lekko poturbowany, a sprawcy sami zgłosili się na policję. Jak podaje RMF: "Mężczyźni około godziny 22:00 sami zgłosili się Komendy Miejskiej Policji w Siedlcach i zostali zatrzymani. To dwaj mieszkańcy Siedlec w wieku 35 i 39 lat. Obaj byli pijani, mieli ponad 2 promile alkoholu w organizmie. Pobrano od nich również krew na zawartość narkotyków." Wygląda to na jakąś ustawkę. Mało tego: "Adam Niedzielski po ataku opublikował wpis w mediach społecznościowych. Podziękował medykom i policji za pomoc, ale część winy za atak zrzucił na ministra spraw wewnętrznych i administracji Marcina Kierwińskiego. "Całe to zdarzenie jest skutkiem tolerowania mowy nienawiści, ale również odebrania mi ochrony decyzją ministra (spraw wewnętrznych i administracji Marcina) Kierwińskiego mimo licznych gróźb pojawiających się względem mnie w przestrzeni publicznej. Mam nadzieję, że ta sytuacja wywoła refleksje u wszystkich stron sceny politycznej, że jesteśmy już na równi pochyłej. Pasywność skaże nas tylko na dalszą eskalację" - podkreślił we wpisie Adam Niedzielski." Z powyższego wynika, że pan Niedzielski czegoś bardzo się boi i chce mieć ochronę. Rozpatruję tu dwie hipotezy. Pierwsza - pan Niedzielski zaczął się rozklejać i nosił się z zamiarem sypania kolegów, więc ktoś pogroził mu palcem. Druga - pan Niedzielski uwikłany jest w jakieś międzynarodowe ciemne interesy i teraz ktoś ma zamiar likwidować statystów - świadków. Oligarchia związana z Donaldem Trumpem wydaje się zdobywać przewagę nad innymi potężnymi grupami nie tylko w USA, ale i na świecie. I te przegrywające grupy będą się teraz pozbywać niewygodnych, niewiele znaczących świadków. A takim jest niewątpliwie Adam Niedzielski. Może i pan Niedzielski dostanie ochronę polskich służb, ale szczerze wątpię, aby te służby cokolwiek mu pomogły w chwili, gdy przyjdzie do niego seryjny samobójca. Wybory za nami. Znowu musieliśmy wybierać mniejsze zło, a nie większe dobro. Nie wiem dlaczego zawsze na wyborach tak się dzieje. Ale do rzeczy. Tydzień temu pisałem o silnym impulsie mocy jakiegoś urządzenia z bluetoothem. Okazało się, że było to małe miki w porównaniu z tym co wydarzyło mi się w noc przed wyborami, czyli z soboty na niedzielę 31 maja/ 1 czerwca. Do połowy maja średnia dobowa moc urządzeń rejestrowanych na moim telefonie Huawei, który zawsze leży w tym samym miejscu, wynosiła łącznie kilka nanowatów (miliardowych części wata). Później wartości te zaczęły rosnąć. Ciekawe, że prawie codziennie pojawiały się jakieś nowe urządzenia, nie rejestrowane wcześniej przez aplikację ElectroSmart. W niedzielę (31 maja /1 czerwca) średnia moc przekroczyła poziom 300 nW. To są oczywiście wielkości uśrednione dla całej doby, ze wszystkich urządzeń czyli stacji bazowych, routerów i bluetoothów. Chwilowe impulsy były dużo silniejsze. Najsilniejszy sygnał był około drugiej w nocy. Okazało się, że wtedy najsilniej promieniowały urządzenia z bluetoothem. Ich sumaryczna moc w tym momencie była 6,6 mikrowata (milionowa część wata). A może gdyby była większa dokładność pomiaru, o jeden rząd wielkości, to nawet mogłoby być 6,66 mikrowata (666 - liczba bestii). Czyli moc tysiąc razy większa niż średnie dobowe moce z sprzed połowy maja. Dziwnym trafem akurat tej nocy ujawniły się trzy nowe bardzo silnie promieniujące urządzenia z bluetooth. W kolejną noc, czyli noc liczenia głosów, średnia dobowa moc wyniosła 32 nW, ale objawiły się kolejne nowe urządzenia z bluetooth, których chwilowa moc pojawiła się około trzeciej w nocy i łącznie wyniosła około 80 nW.
Nie wiem o co chodzi z tymi nowymi urządzeniami z włączonym bluetooth. Przecież moi sąsiedzi nie kupują stale nowych gadżetów i to na dodatek niekiedy w niedzielę. Na początku wojny na Ukrainie napisałem post w którym pokazałem, że routery mój i sąsiadów krótkookresowo pracowały z bardzo dużymi mocami, wielokrotnie przewyższającymi moce pracy w zwykłym trybie. Moce były mierzone aplikacją ElectroSmart. Na sześć dni przed rozpoczęciem wojny domowej w Izraelu moja aplikacja Network Cell Info Lite, pokazująca wtedy z którymi stacjami bazowymi łączy się mój telefon, wskazała na stację bazową we Francji, jako tą z która połączony był w tamtej chwili mój telefon. Oczywiście opisałem to na blogu i chyba ktoś go czytał, bo w parę tygodni później aplikacja Network Cell Info Lite została tak zmodyfikowana, że obecnie już nie pokazuje z którą stacją bazową połączony jest telefon. I obecnie znowu dziwne rzeczy się dzieją. Tym razem z bluetoothem. Mam trzy urządzenia z aktywnym bluetoothem, które się wzajemnie wykrywają. Jedno z urządzeń, dziesięcioletni Huawei, praktycznie zawsze leży w tym samym miejscu w pokoju i ma uruchomioną aplikacje ElectroSmart. Zwykle poziom mocy rejestrowanej od bluetoothów moich i sąsiadów był rzędu setek pikowatów. Pikowat to bilionowa część wata. Następnie pojawiły się pojawiły się niezidentyfikowane urządzenia, które dawały moce już rzędu nanowatów, czyli miliardowych części wata. Moje urządzenia (Galaxy Tab, Moto g(50)), gdy są aktywne, są łatwo rozpoznawane przez Huaweia i dają sygnały o mocy kilku czy kilkudziesięciu nanowatów, gdy są w jego pobliżu. W ostatnią sobotę 24 maja o godzinie 1 w nocy pojawił się sygnał bluetootha z nieznanego urządzenia, o mocy aż 1,6 mikrowata (mikrowat - milionowa część wata), czyli o mocy tysiące razy większej niż sygnał z moich urządzeń czy ze sprzętu sąsiadów. Nie wiem co to za tajemnicze urządzenie było i skąd nadawało. Nie wiem co za cel był nadawania tak silnych sygnałów. Czy to były jakieś testy wojskowe alternatywnej łączności, czy może eksperymenty z wpływaniem na zdrowie fizyczne lub psychiczne moje lub moich sąsiadów. Generalnie ja jestem dobrym obiektem do eksperymentów psychotronicznych, bo mieszkam samotnie, więc pies z kulawą nogą nie zainteresuje się, gdy coś ze mną zacznie się złego dziać.
Tajemnicze rzeczy dzieją się na tym świecie. 10 maja tego roku do Kijowa dotarli przywódcy Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii i Polski. Dziwna to była wizyta. Do Kijowa i z Kijowa Tusk jechał w osobnym wagonie. Portal wpolsce24.tv tak to komentuje: "Rzecznik MSZ Paweł Wroński wyjaśnił portalowi Gazeta.pl, że ta sytuacja miała miejsce, bo to strona ukraińska podstawiała pociąg i to Ukraińcy zdecydowali, że Tusk nie pojedzie z razem pozostałymi politykami. Nie wyjaśnił jednak, dlaczego tak się stało." Portal MSN rozszerza wyjaśnienie: "Dziennik "Rzeczpospolita" zwrócił się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych z pytaniem o powody takiego rozwiązania. Rzecznik resortu, Paweł Wroński, odpowiedział, że organizacją wizyty zajmowała się strona ukraińska i to do niej należy kierować pytania. – Przywódcy wsiadają do pociągu w Polsce, nie na Ukrainie. Nie możemy komuś wskazywać miejsca czy numeru wagonu. Zajmuje się tym protokół dyplomatyczny i odpowiednie służby bezpieczeństwa. Nie możemy komentować tego typu spraw – powiedział gazecie jeden z rozmówców w Kijowie. U innego źródła dziennikarze dowiedzieli się, że rozmieszczenie liderów w pociągu było podyktowane względami bezpieczeństwa. – Trwa wojna i chodzi wyłącznie o to, by europejscy przywódcy bezpiecznie dotarli do Kijowa – podał dziennik. Jeszcze inna osoba przekazała, że początkowo plan wyglądał inaczej. Do zmian doszło w ostatniej chwili, gdyż do Macrona i Starmera dołączył także Friedrich Merz. Z kolei Donald Tusk miał podjąć decyzję o wizycie niemal w ostatnim momencie." Jak tam było tak tam było, jakoś tam było. Fakt pozostaje faktem potwierdzonym z kilku źródeł, że to Ukraińcy kazali Tuskowi siąść w osobnym wagonie. W Kijowie pozostała trójka przywódców państw europejskich jakby unikała byłego króla Europy. Zelenski też jakby nie miał ochoty na kontakty z nim. Dziwnie to wyglądało. Jakby oni wszyscy coś więcej wiedzieli niż Tusk. I teraz zastanówmy się o co mogło chodzić. Ukraina nie radzi sobie w wojnie z Rosją i chce koniecznie wciągnąć NATO do tej wojny. Przywódcy Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Francji i innych krajów Unii Europejskiej z jakiś tajemniczych powodów nie chcą zakończenia tej wojny, a wręcz dążą do jej rozszerzenia na inne kraje, ale nie swoje. Państwem, które zawsze wygrywa konkursy na największego jelenia Europy jest Polska. Dlatego miło by było wepchnąć Polaków do wojny. Jak do tego miałoby dojść? Rozpatrzmy pewną hipotezę. Tusk jechał w oddzielnym wagonie, aby innym przywódcom nic się nie stało. Rosyjskojęzyczny Ukrainiec przebrany w rosyjski mundur zaczaiłby się z rosyjskim granatnikiem przeciwpancernym gdzieś w krzakach na drodze pociągu i wystrzeliłby w wagon z Tuskiem. Oczywiście zamachowiec zostałby szybko schwytany. Okazałoby się, że jest rosyjskim żołnierzem, znaleziono by przy nim dokument z rozkazem podpisanym przez samego Włodzimierza Putina polecającym zabicie Tuska. Na tym rozkazie znalazłyby się pieczątki wszystkich ważnych rosyjskich instytucji potwierdzających ten rozkaz. Mało tego, w telefonie zamachowca byłby filmik (stworzony oczywiście przez sztuczną inteligencję) przedstawiający go na spotkaniu z samym Putinem, gdzie Владимир Владимирович osobiście nakazywałby mu zabicie Tuska, jako największego wroga Rosji. Nawet jeśli premierowi Polski nic by się nie stało podczas wybuchu, bo np, siedziałby akurat w toalecie, to i tak "służby ratownicze" pozbawiłyby go życia i ogłoszono by, że zginął w czasie wybuchu. Po czymś takim Tusk stałby się świętym - męczennikiem Europy. Presja na władze polskie byłaby tak silna, że nie miałyby innego wyjścia jak wypowiedzieć wojnę Rosji. Obecne władze amerykańskie są przeciwne eskalacji wojny na Ukrainie i wiedząc o tej "hipotetycznej" prowokacji uruchomiły swoja agenturę w mediach, która wszczęła rejwach, że biedny Tusk został poniżony przez władze ukraińskie i zachodnich sojuszników. Wszyscy zainteresowali się, dlaczego Tusk jedzie sam. W takiej sytuacji trudno było przeprowadzić zamach na polskiego premiera, bo podejrzenie padłoby od razu na Ukrainę i niemieckich, francuskich i brytyjskich sojuszników. Wtedy wszystko przybrałoby inny obrót i Polska może by i wypowiedziała wojnę ale Ukrainie i Niemcom, a być może i Francji i Wielkiej Brytanii, a nie Rosji. Przy wsparciu USA Polska dość szybko rozstrzygnęłaby tą wojnę na swoja korzyść. Oj, to by się porobiło. Tusk tak nieładnie wyrażał się o Trumpie, a być może właśnie jemu zawdzięcza to, że jeszcze żyje. W internecie multum informacji, że Simpsonowie przewidzieli to, tamto i owo. Ale my Polacy nie gęsi. Niedawno oglądałem teledysk hymnu Światowych Dni Młodzieży z 2016 roku "Błogosławieni miłosierni" w wersji angielskiej ("Blessed Are The Merciful") i w całym teledysku (z wyjątkiem napisów końcowych) występuje nazwa tylko jednego miasta - Wuhan. Nazwa pojawia się na gongu. Gongi pełniły różne funkcje, podobnie jak dzwony. Niewątpliwie, jak i dzwony, pełniły również funkcje alarmowe. I w teledysku mamy pokazane uderzenie w gong z nazwą Wuhan, jakby ostrzeżenie przed czymś. Przypadek? Nie sądzę. Ksiądz Bronisław Bozowski mawiał: „Nie ma przypadków, są tylko znaki”. I tutaj twórcy teledysku chcieli przekazać nam ostrzeżenie, bo skądś wiedzieli co nadchodzi.
Od jakiegoś czasu internet jest pełen zdjęć, filmików i komentarzy dotyczących dziwnej mgły. Gdy się tą mgłę podświetli latarką, to wygląda, że jakieś dość spore cząstki w niej latają. Poniżej przestawiam zrzut ekranu z filmiku vlogera Atora. Ja jestem szczęśliwym posiadaczem aparatu BlueTech. Poszedłem na Łąki Nowohuckie w Krakowie zrobić zdjęcia mgły. Najpierw zrobiłem zdjęcia mgły zwykłym aparatem fotograficznym. Widać w oddali zamglone kominy elektrociepłowni. Następnie zrobiłem zdjęcia Bluetechem. Elektrociepłownię widać wyraźnie. Żadnej mgły na tym zdjęciu nie ma. Trzy lata temu byłem w Licheniu, gdzie również robiłem zdjęcia Bluetechem i tradycyjnymi aparatami fotograficznymi. Zrobiłem zdjęcia w jednym kierunku. Wszystko wyglądało w porządku. Zrobiłem zdjęcia w kierunku przeciwnym, gdzie znajdowało się słońce. Jakieś dziwne smugi w powietrzu się pojawiły. Ale na zdjęciach zrobionych zwykłym aparatem Nikon takich smug nie było. Ktoś może powiedzieć, że to jakieś efekty od słońca. Ale nic z tych rzeczy. Zrobiłem zdjęcia wschodu słońca. Jak widać na powyższych zdjęciach żadnych jakiś zanieczyszczeń w powietrzu nie ma. Więc co to mogło być? W trakcie fotografowania świtu aparatem Bluetech pojawiły mi się dziwne kształty na zdjęciu. Może to jakieś refleksy w obiektywie, a może nie. Wygląda jakby za większym kółkiem ukrywała się jakaś twarz. Ale może to tylko takie złudzenie.
Zbliża się 1 stycznia, czyli dzień Obrzezania Pańskiego. Niedawno obchodziliśmy Boże Narodzenie. Do tej pory nie wiemy jak Jezus wyglądał, chociaż z pewnością tajniacy rzymscy zrobili mu wiele portretów. Jakieś jego podobizny powinny się zachować, ale jest jakaś dziwna cisza wokół tego. Stąd to tej pory trwają dyskusje. Są tacy co uważają, że Jezus wyglądał jak na zdjęciu wprowadzającym, a są tacy, co uważają, że był mocno opalony, jak na zdjęciu poniżej. Oczywiście jest hipoteza, że Jezus był Ukraińcem, a także, że ruskim wołchwem, czyli był białym człowiekiem. Ale w Afryce i Ameryce Południowej są ruchy czczące czarnego Jezusa. I nurtuje mnie pytanie jak na prawdę wyglądał Jezus. Dlaczego nikt nie myśli o sklonowaniu ciała Chrystusa? To by wyjaśniło parę kwestii jak wyglądał, jaki miał głos itp. Oczywiście formalnie klonowanie ludzi jest zakazane, ale ponoć już w latach 70-tych zeszłego wieku jakiś milioner sfinansował klonowanie samego siebie, co zostało opisane w książce Davida Rorvika "Na obraz i podobieństwo swoje". To było 50 lat temu. Obecnie technika klonowania poszła zdecydowanie do przodu. Jezus jest bogiem lub prorokiem nie tylko dla Chrześcijan i Muzułmanów, ale również dla np. Raelian. Raelianie mają pomysł na życie wieczne poprzez klonowanie samego siebie i kopiowanie zapisów starego mózgu do nowego mózgu. Oczywiście z kopiowaniem danych z mózgu antycznego Jezusa do nowego - sklonowanego byłby niejaki problem, ale ciało byłoby bardzo podobne. Dysponujemy całunem Turyńskim z krwią Jezusa i napletkiem, który ponoć jedyny prawdziwy, znajduje się w Conques we Francji. Czyli materiał genetyczny jest. Brakuje tylko woli. Być może już jakiś kościół sklonował Jezusa, tylko się do tego nie przyznaje.
Może klonowanie przywódców religijnych już ma miejsce. W poniedziałek 30 grudnia o godzinie 15:45 Chabad Lubawicz rozpocznie uroczystość zapalania świec chanukowych. I taka refleksja. Rabin Menachem Mendel Schneerson zaniechał wyboru następcy. Musiał mieć jakieś podstawy ku temu. Zmarł w roku 1994, czyli dwadzieścia lat po pierwszym klonowaniu człowieka opisanym przez Rorvika. Być może naukowcy z Chabad Lubawicz sklonowali rabina Schneersona i teraz czekają, aż nowy Schneerson osiągnie odpowiedni wiek, aby nauczać. Wojna na Ukrainie trwa i końca nie widać. Wygląda na to, że każda z wojujących stron ma w tym interes, więc pokój nieprędko nadejdzie. Przede wszystkim testuje się tam nowe rodzaje broni. Mamy coraz więcej doniesień o superbroniach. Ukraińcy są już w posiadaniu dział laserowych: ""Ukraina jest, jeśli się nie mylę, piątym krajem, który może powiedzieć, że ma broń laserową. Za jej pomocą możemy zestrzelić obiekt latający na wysokości ponad 2 km", stwierdził płk. Sucharewski cytowany przez agencję informacyjną Interfax." Mamy tam wojnę dronów, a i roboty naziemne przeprowadzają ataki: "Ukraińcy przypuścili atak na tę miejscowość, ale po raz pierwszy nie wysłali do boju żołnierzy, ale cały oddział, składający się wyłącznie z maszyn. Do akcji ruszyły roboty naziemne (UGV) oraz sterowane widokiem z pierwszej osoby maszyny latające (FPV). Kilkadziesiąt UGV wyposażonych było w karabiny maszynowe, ostrzeliwując pozycje wroga i zapewniając osłonę swym „kolegom”, którzy zajmowali się usuwaniem pól minowych, a następnie, gdy jednostki musiały się wycofać, układaniem min w zupełnie innych miejscach. Całość operacji osłaniana była przez kilkadziesiąt maszyn latających, dostarczających informacji oraz ostrzeliwujących pozycje przeciwnika." Roboty - psy również trafiły w ręce Ukraińców. Oczywiście Rosjanie też maja swoje roboty bojowe. A czy roboty humanoidalne też mogły trafić na front, ale są tak podobne do ludzi, że nikt ich nie rozpoznał? W czasie pseudo-pandemii w roku 2020 sugerowałem, że przymus maseczek może wynikać stąd, że prowadzi się próby terenowe robotów humanoidalnych i sprawdza, czy ludzie są w stanie je rozpoznać. W roku 2019 na stację kosmiczną poleciał rosyjski robot humanoidalny Skybot F-850. Według dziennikarzy Interii robot ten jest budowany, by spełniał następujące zadania: "Docelowo mają to być w pełni autonomiczne maszyny-zabójcy, które będą zdolne do wykonywania najbardziej karkołomnych misji na polach walki na Ziemi i w przestrzeni kosmicznej. Kreml nie ukrywa, że ich rolą będzie ochrona instalacji kosmicznych, baz na Księżycu i Marsie oraz w przyszłości kosmicznych więzień dla najgroźniejszych przestępców. Oczywiście nasi sąsiedzi za nic mają sobie prośby Organizacji Narodów Zjednoczonych i najbardziej znanych ludzi świata technologii, o zaprzestanie rozwoju algorytmów sztucznej inteligencji i robotów przeznaczonych do masowego zabijania ludzi." Wiadomo, Rosjanie tylko myślą o zabijaniu bliźnich. Zdziwiłbym się, gdyby dziennikarze Interii znaleźli choć jedno pokojowe zastosowanie tego robota. Za to zachodnie roboty humanoidalne służą tylko i wyłącznie dobru człowieka. Ciekawe, że 40 lat temu słyszałem identyczną narrację, tylko w odwrotnym kierunku. Poniżej są przedstawione zachodnie konstrukcje na podstawie robotyka.pl: "Zdaniem specjalistów, roboty humanoidalne mogą być kolejnym przełomowym wydarzeniem związanym z rozwojem sztucznej inteligencji. Według danych Marketsand Markets do 2028 r. branża ta może być warta 13 mld 800 mln dol. Dlatego coraz więcej firm z branży robotyki i automatyki decyduje się na stworzenie swojego autorskiego robota. Poniżej prezentujemy 8 ciekawych projektów robotów humanoidalnych:
Roboty cywilne, jak widać na zdjęciu wprowadzającym robota Sophii zaczerpniętym z Interii i na poniższym zdjęciu Ericy zapożyczonym z liputan6.com, mogą być łudząco podobne do ludzi. Roboty tworzone dla wojska wyprzedzają technikę cywilną o kilkadziesiąt lat. Może więc być tak, że na Ukrainie, po stronie rosyjskiej, pomiędzy żołnierzami z Korei Północnej walczą chińskie roboty humanoidalne, a wśród najemników zachodnich, po stronie ukraińskiej, walczą roboty amerykańskie, europejskie i japońskie.
Parę dni temu TVN uraczył nas taką informacją: "Na zdjęciach z obchodów Święta Niepodległości widać, że prezydent Andrzej Duda nie ma kawałka palca. Pytany o tę kwestię prezydencki minister Wojciech Kolarski mówił, że Duda "w czasie prac domowych zranił się dosyć poważnie w palec"." Widać, że konkretny kawałek palca został utracony. Ciekaw jestem w jakich to okolicznościach się stało. Chyba sam sobie nie gotuje, bo co prawda nie znalazłem w internecie jak żywi się obecny prezydent, ale za to znalazłem co nieco o posiłkach Lecha Kaczyńskiego: "Jednak dla Lecha Kaczyńskiego posiłki przygotowuje specjalny zespół w Pałacu przy Krakowskim Przedmieściu." Myślę, że od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Przypuszczam, że sprzątaniem, naprawami itp zarządza kancelaria prezydencka. Czyli prezydent mógł się tak zranić, co najwyżej, grając z kolegami w pikuty. Ale to słaba hipoteza. Teraz już mało kto gra w noża. Mogło się też tak się zdarzyć, że prezydent pokazał komuś faka i tamten się zdenerwował. Stąd ten obcięty środkowy palec. Ale to jest raczej nieprawdopodobne. Chociaż z matematyki wiemy, że nawet jeśli coś jest nieprawdopodobne, czyli prawdopodobieństwo jest równe zero, to nie znaczy, że jest to zdarzenie niemożliwe do wystąpienia. Jakie są inne możliwości? Ponoć prezydent zranił się sam. Pamiętamy film "John Wick" i scenę, gdy tytułowy bohater musiał się pokajać i uciąć sobie fragment palca serdecznego. Film filmem, ale jakieś prawdy o życiu podziemia przestępczego pokazuje. Wiemy, że Yakuza ma podobne rytuały. Mamy palec serdeczny, mały, ale nie znalazłem środkowego. Być może inne grupy przestępcze preferują właśnie ten palec.
Mafia mafią, ale w prawie szariatu stoi, że: "Kradzież karana jest najczęściej śmiercią bądź obcięciem poszczególnych części ciała (kończyn, palców)." Czyżby prezydent miał związki z grupami islamskimi i prowadził z nimi jakieś interesy? Nie chcę snuć spiskowych teorii albo wysuwać hipotez z kosmosu, ale czy jest to możliwe, że prezydent przed publiką udaje fajtłapę, a tak na prawdę jest członkiem bezwzględnego gangu? Straszy nas się, że średnie stężenie dwutlenku węgla w powietrzu stale rośnie i grozi to zagładą planecie: "Koncentracja dwutlenku węgla w powietrzu wyrażona liczbą cząstek CO² na milion (parts per million [ppm]) jest obecnie na poziomie najwyższym od 600 000 lat." I dalej czytamy: "W latach 2009-2018 tempo wzrostu wynosiło ok. 2,3 ppm rocznie.," I tak się zastanawiałem jak oni to mierzą. Postanowiłem na własna rękę zrobić pomiar CO2 w moim pokoju. Kupiłem od Chińczyków miernik CO2 pokazany na powyższej fotografii. Jest to Air QualityDetector, model PG-L58. I zrobiłem test. Ustawiłem w moim pokoju włączony detektor i filmowałem go aparatem fotograficznym, też kupionym od Chińczyków. Ustawiłem aparat na robienie zdjęć co kilka sekund. Nie mogę powiedzieć co to za aparat, bo jest jakiś taki bez nazwy i nie wiem co ile sekund robił zdjęcia, bo sam się ustawił, a w instrukcji nie jest opisane co ile sekund aparat robi zdjęcie w tym trybie pracy. Uruchomiłem aparat i wyszedłem z domu. Przez czas mojej nieobecności nikt nie wchodził do pokoju pomiarowego. Eksperyment trwał około godziny. Po powrocie przeglądnąłem film i okazało się, że najniższa wartość stężenia dwutlenku węgla w tym pomiarze to 410 ppm, a najwyższa 433. Rozpiętość jest 23 ppm, czyli 10 razy większa niż tempo wzrostu CO2 w latach 2009 - 2018. Licząc to procentowo, czyli (23/410)*100% daje nam to zmianę 5,61 % w ciągu kilkunastu minut w pomieszczeniu, gdzie nie było ludzi ani zwierząt ani nawet roślin. Będąc leniwym człowiekiem błąd pomiaru policzyłem metodą fizyki jądrowej, czyli wziąłem jeden pomiar i policzyłem z niego pierwiastek kwadratowy. Wyszło 21 ppm. Różnica 23 ppm jest bliska błędowi pomiaru. I teraz jeśli błąd pomiaru jest tak duży wynoszący ponad 5 %, czyli zaokrągla się go do 6 %, to jakim sposobem naukowcy uzyskują zmianę 2,3 ppm rocznie, co jest 0,561%, czyli 10 razy mniejsze niż błąd pomiaru. Z lenistwa zrobiłem analizę tylko pierwszych 21 punktów pomiarowych i już wyszły ciekawe obserwacje. Jeśli wziąć pod uwagę punkty 3, 12 i 21 to mamy wzrost stężenia dwutlenku węgla. A jeśli weźmiemy punkty 1, 7 i 13, to mamy spadek stężenia dwutlenku w czasie. A przy odrobinie oszukaństwa, nie biorąc punktów pomiarowych o stałych odstępach czasowych np. punkty 11, 15, 18 i 20 wykazujemy, że stężenie dwutlenku węgla w powietrzu jest stałe.
Zgadzam się z tym, ze chińskie urządzenie pomiarowe może robić duże błędy, ale pokazuje pewne tendencje. Ale jeśli prawdziwe są tak duże skoki stężenia CO2, to całą ta naukę o wpływie dwutlenku węgla na klimat można włożyć ................. między bajki. Z mediów dowiadujemy się, że wiceminister sprawiedliwości : „Mazur trafił do szpitala po tym, jak podczas jazdy na rowerze zasłabł i stracił równowagę.” I dalej czytamy: „Dariusz Mazur miał jechać rowerem, stracić równowagę i uderzyć w słup.” Czyli mężczyzna w sile wieku, wysportowany (wiele lat ćwiczył dżudo) tak po prostu jadąc na rowerze nagle zasłabł. Dziwne. Zasłabniecie musiało być błyskawiczne, skoro wiceminister nie poczuł stopniowo narastającego osłabienia i nie zatrzymał roweru. Bardzo dziwne. Nie chcę snuć teorii spiskowych, ale wygląda to na atak bronią psychotroniczną. Mój znajomy jakiś czas temu miał podobny przypadek. Zasłabł nagle w samochodzie i spowodował wypadek. Nic mu się nie stało, ale pokiereszował swój i kilka innych samochodów. Warto podkreślić, że nie wziął szczepionki przeciw kowid, wiec nie można go zakwalifikować do grupy "zmarł nagle". Wiceminister Mazur, jako osoba uczciwa i rzetelna, mógł nieopatrznie zainteresować się rzeczami, którymi nie powinien się interesować, albo może nie chciał się na coś zgodzić i to mu się przydarzyło. Broń psychotroniczna istnieje w Polsce, o czym świadczy rozmowa, wtedy, szefa MON Antoniego Macierewicza zamieszczona w Newsweeku: „- Czy państwo polskie posiada strategię wobec nielegalnych badań, tzn. testowania broni elektromagnetycznej na polskich obywatelach – zapytała Antoniego Macierewicza jedna z uczestniczek konferencji „Problemy współczesnej polityki. Konflikty zbrojne i terroryzm” odbywającej się w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Szef MON bez mrugnięcia okiem odpowiedział: - Do mnie jako posła zgłaszali się ludzie, którzy twierdzili, że byli poddawani takim badaniom. Problem jest mi znany od co najmniej 15 lat, kiedy to takich osób zgłosiło się do mnie co najmniej dziesięć. (…) To bardzo charakterystyczne, że osoby te pochodziły z Dolnego Śląska i Zachodniopomorskiego. I dodał, że za pół roku MON powinien mieć więcej informacji w tej sprawie.” Po pół roku nie było żadnej odpowiedzi, ale z innych źródeł wiemy, że: „Opisując radziecki rozwój broni psychotronicznej, Aleksander stwierdził: "Zdolność do... spowodować śmierć mogą być przenoszone na odległość, w ten sposób wywołując chorobę lub śmierć bez wyraźnego powodu".” "Eksperymentator, J.F. Schapitz, stwierdził: "W tym śledztwie zostanie wykazane, że mówione Słowo hipnotyzera może być również przekazywane za pomocą modulowanego sygnału elektromagnetycznego energii bezpośrednio do podświadomych części ludzkiego mózgu - tj. bez stosowania jakichkolwiek urządzeń technicznych do odbioru lub transkodowania wiadomości i bez szansy osoby narażonej na taki wpływ świadomego kontrolowania dopływu informacji"." Z wyżej cytowanego artykułu wiemy, że działanie falami elektromagnetycznymi na organizm człowieka ma dłuższą tradycje niż nam się wszystkim wydaje: "Już w 1810 roku zarejestrowano przypadek Jamesa Tilly'ego Matthewsa, Londyński handlarz herbatą, który twierdził, że jego umysł jest kontrolowany przez gang posługując się maszyną, którą nazwał "krosnem powietrznym", która wysyłała niewidzialne, promienie magnetyczne z londyńskiej piwnicy. Matthews uważał, że maszyny takie jak Air Loom kontrolowało również umysły członków Brytyjczyków Parlament. Pisał listy do deputowanych, ostrzegając ich przed maszynami i spisek, który za tym stoi. Matthews został przewieziony do szpitala Bethlem Hospital jako niepoczytalny". Czyli od ponad dwustu lat atakują nas jacyś szaleńcy, którzy do chwili szaleństwa byli całkiem normalni: "W poniedziałek 15-latek zadał swojej siostrze kilkanaście ciosów drewnianą pałką i nożem w różne części ciała. Bezpośrednio po tragedii zadzwonił po pogotowie ratunkowe. Mimo reanimacji, dziewczyna zmarła. Sprawca zabójstwa po zatrzymaniu powiedział policjantom, że słyszał głos, który kazał mu zabić starszą siostrę. Według lokalnych mediów, mieszkańcy Głowaczowej są zaskoczeni tragedią. Mówią, że była to normalna rodzina, a 15-latek dobrym i spokojnym uczniem." I na zakończenie warto się zastanowić, czy aby nasz wiceminister nie mógł zostać potraktowany taką bronią. Wpadły mi ostatnio w ręce jakieś artykuły z Niemiec i Szwajcarii dotyczące zbrojeń Polski. Dziennik Tagesshau pisze tak: "W każdym razie znaki w polskim MON nie wskazują na oszczędności. Trzy procent produktu krajowego brutto jest obecnie wydawane na obronność.W dającej się przewidzieć przyszłości będzie to 5 proc. – Polska zainwestowałaby więc więcej niż jakikolwiek inny kraj NATO w stosunku do własnej produkcji gospodarczej. A Mariusz Błaszczak, minister obrony, od miesięcy jest na zakupach, zwłaszcza poza Europą." Nie jestem pewien, czy zakupy poza Europą są dobre dla Europejczyków, a w każdym razie powinny dać im do myślenia. Domyślam się, ze broń amerykańską można unieruchomić zdalnie i każdy amerykański producent broni może to zrobić ze swoim sprzętem. Podejrzewam, że ze sprzętem europejskim jest podobnie. Więc zakupiona przez Polskę broń może zostać użyta przeciwko innym państwom europejskim. Szwajcarski Neue Zürcher Zeitung (NZZ) pisze: "Na przykład krytyka ze strony Niemiec jest niewielka, ponieważ Berlin cieszy się, że sąsiedni kraj wzmacnia swoją rolę jako bufor wojskowy przed Rosją. Stany Zjednoczone i NATO doceniają również silnego partnera w tym geopolitycznie niespokojnym regionie." Ze Stany Zjednoczone to doceniają, to rozumiem, ale nie jestem pewien, czy Niemcy maja się z czego cieszyć. Silna polska armia z pewnością nie przeciwstawi się Rosji, bo i tak będzie zbyt słaba. Więc po co się tak wzmacnia? Stany Zjednoczone słabną i mają ważniejsze sprawy na Pacyfiku. Ale nie chcą też zostawić Europy samopas. Potrzebny im jest żandarm, który będzie za pysk trzymał Europejczyków. I chyba padło na Polskę. Prawdopodobnie, według planów amerykańskich, Polska ma być takim Izraelem Europy. Od początku tego roku według statystyk Głównego Urzędu Statystycznego w cudowny sposób tygodniowa liczba zgonów spadła ze średniej 7500 do 3900. Śledziłem dane w miarę systematycznie. Z początku myślałem, że to błąd i zostanie szybko skorygowany. Ale gdy przez pół roku ten błąd się powtarzał, to na początku lipca zdecydowałem się napisać artykuł, że być może w tajemniczy sposób zginęła połowa ludności Polski, przy założeniu, że jest stały procent zgonów w stosunku do całości populacji. Sprawdzałem ostatnio dane GUS-owskie o zgonach, gdzie dane kończyły się na 30-tym tygodniu roku 2024, czyli na 28 lipca i okazało się, że wszystko wróciło do normy. Średnia zgonów jest taka jaka była po inne lata, czyli 7500 tygodniowo. W drugim tygodniu stycznia liczba zgonów osiągnęła wielkość nawet 8890. Ewidentnie jakiś cud, bo poprzednio, do 26 maja tego roku było tak:
Od czasu do czasu sprawdzam dane o zgonach na stronie Głównego Urzędu Statystycznego. Od roku 2010 do 2019 średnio w Polsce umierało około 7500 osób tygodniowo. Dane z 2023 roku są bliskie tej wartości, bo tygodniowo umierały średnio 7652 osoby, co pokazuje wykres poniżej. I tu zrobię drobną dygresję. Na poniższym obrazku zostały pokazane dane do 42 tygodnia. Za rok 2023 dostępne są dane za 47 tygodni, a w roku mamy tygodni 52. Co się stało w ostatnich 5-ciu tygodniach? Jakież było moje ogromne zdziwienie, gdy sprawdziłem dane za rok 2024. Okazuje się, że w tym roku średnio tygodniowo umiera 3868 osób. To jest połowa zgonów z lat poprzednich (rysunek poniżej) W polskiej służbie zdrowia specjalnie nic się nie zmieniło, czyli śmiało można założyć, że stosunek liczby tygodniowych zgonów do liczby ludności w Polsce jest w przybliżeniu stały i wynosi około 0,2 promila. Gdy teraz 3868 podzielimy przez te 2 promile, to powinniśmy otrzymać obecną liczbę ludności. Wychodzi mniej więcej 19 milionów 600 tysięcy.
Już w połowie lat 70-tych ubiegłego wieku Klub Rzymski przewidywał dla Polski liczbę ludności około 15 milionów. Widać, że jego prognozy się spełniają. Jestem szczęśliwym posiadaczem dwóch smartfonów i jeden noszę ze sobą, a drugi - awaryjny, praktycznie zawsze leży w tym samym miejscu. Na tym drugim telefonie mam na stałe uruchomioną aplikację ElectroSmart mierzącą moc promieniowania okolicznych routerów, bluetoothów i stacji bazowych. Normalnie telefon rejestruje średnią dzienną moc kilka nanowatów (10^-9 W), a moc mojego routera (telefon i router znajdują się po przeciwnych stronach mieszkania) od kilkudziesięciu do 100 pikowatów (10^-12 W). Poniżej przedstawiam zrzut ekranu dla typowego pomiaru. Mój router zaznaczony jest na czerwono. W nocy z 19 na 20 czerwca mój router oszalał. O 1 w nocy i o 3 po południu pokazał wartość 1,6 mikrowata (10^-6 W), czyli wartość 100 000 razy większą niż zaprezentowana na powyższym obrazku. Poniżej przedstawiam zrzut ekranu dla godziny 3 w nocy dnia 20 czerwca. We wpisie "Ekolodzy i Ukraina, Rosja związała rubla ze złotem i wciąganie Polski do wojny" opisywałem dziwne zachowanie mojego i sąsiadów routerów przed i na początku wojny na Ukrainie. Być może i teraz coś poważnego się szykuje, ale nasze media nas o tym nie informują.
Od czasu do czasu zauważam jakieś dziwne zjawiska dziejące się na łąkach w Nowej Hucie i w okolicy. Również od czasu do czasu opisuję je na blogu. W lutym tego roku na tych łąkach pogryzły mnie komary, a pierwszego października zeszłego roku właśnie tutaj mój telefon połączył się ze stacją bazową we Francji i tak trwali w połączeniu co najmniej godzinę. Gdy poszedłem do domu połączenie z francuska stacją bazową zostało przerwane i nigdy więcej nie powróciło. Poniżej, jako dowód pokazuję zrzuty ekranu z aplikacji Network Cell Info Lite. A ostatnio, 29 marca, czyli w Wielki Piątek, zobaczyłem dziwny obiekt na niebie. Wyglądał jak balon. Sfotografowałem go Nikonem Coolpix P 900 i na zdjęciach też wyglądał jak balon. Poniżej pokazuję zdjęcie. Jak wygląda na zdjęciu powyżej, tak go widziałem gołym okiem. Zrobiłem zbliżenie, ale Nikon ma tendencję do przekłamań przy zbyt dużym zoomie, więc nie jestem pewien, czy to rzeczywisty obraz. Mimo to pokazuję na zdjęciu poniżej, co wyszło. Wyglądało, że obiekt się zbliżał. Zrobiłem zdjęcie z mniejszym zoomem. Zacząłem kręcić filmik i w pewnym momencie z kuli zaczął wydobywać się obiekt podobny do samolotu. Filmik można oglądnąć na YouTube. Przestałem kręcić filmik i zrobiłem kolejne zdjęcie. Gołym okiem nadal była widoczna tylko świecąca kulka na niebie, ale aparat uchwycił coś więcej. Po tym zdjęciu obiekt zniknął mi z oczu gdzieś na niebie i na tym skończyła się moja obserwacja. Zacząłem się zastanawiać, czy łąki nowohuckie mogą mieć coś szczególnego. W Krakowie mamy co najmniej dwa starożytne kopce: Wandy i Krakusa. Okazuje się, że linia łącząca te kopce przebiega przez nasze łąki. Mamy trzeci kopiec - Kościuszki, który formalnie zaczął być budowany 16 października 1820 roku. Kopiec miał być budowany gołymi rękami. Według Wikipedii: "Ostatecznie, mimo problemów technicznych i finansowych, budowę zakończono 25 października 1823 r. Usypany kopiec miał 80 m średnicy podstawy, 8,5 m średnicy u wierzchołka i wysokość 34,1 m, zaś jego objętość obliczono na ok. 64 100 m³" Kopiec wybudowano w trzy lata i na jego budowę przyniesiono gołymi rękami ponad 64 tysiące metrów sześciennych ziemi. Policzmy ile kilogramów ziemi przyniesiono na budowę kopca. W tym znowu pomoże nam Wikipedia: "Gęstość fazy stałej zależy od składu mineralogicznego i zawartości materii organicznej, dlatego jest ona charakterystyką o niewielkiej zmienności w długim okresie. W zdecydowanej większości przypadków zawiera się ona pomiędzy 2,40 g/cm3 w glebach próchnicznych a 2,85 g/cm3 w glebach zasobnych w minerały ciężkie, zazwyczaj przyjmuje ona jednak wartości pomiędzy 2,60 a 2,75 g/cm3. " Załóżmy, że ziemia przyniesiona do budowy kopca była lekka i średnio miała gęstość 2,5g/cm3, czyli 2500 kg/m3. Pomnóżmy 64100 x 2500, to daje nam 160 250 000 kg. Załóżmy, że robotnicy byli silni i jednorazowo przynosili 50 kg ziemi. Czyli łącznie było 3 205 000 kursów po ziemię. A tą ziemię należało jeszcze usypać, wyrównać itp. I to miało być robione gołymi rękami. Prawdziwe wyzwanie. Ale być może, to nie była taka ciężka praca jak się wydaje, bo jako Krakusa, dochodziły mnie słuchy, że ten kopiec nie powstał od zera. Że wcześniej już coś przed nim było w tym miejscu. Jakiś kurhan prehistoryczny, czy coś takiego. Więc dosypano tam tylko trochę ziemi i przerobiono na kopiec Kościuszki. I powracamy do łąk w Nowej Hucie. Linia łącząca kopiec Wandy z kopcem Kościuszki również przecina łąki nowohuckie. Może się okazać, że linie łączące kopce są jakimiś liniami przepływającej energii, której nauka jeszcze nie odkryła. Przy okazji wyznaczyłem środek ciężkości trójkąta, którego wierzchołkami są kopce. Bynajmniej nie leży on na Wawelu, ale gdzieś w forcie 17 "Luneta Grzegórzecka". Ciekawe, że deweloperzy wszędzie wokół budują, a tego terenu nie ruszyli. Może to miejsce faktycznie ma jakąś moc. Również hipotezę, że wcześniej na miejscu kopca Kościuszki był już jakiś kurhan i przez niego przebiegają jakieś linie tajemniczych sił, może potwierdzać fakt, że w Krakuszowicach istnieje kolejny kurhan nazwany kopcem Syna Kraka, który z kopcem Krakusa i Kościuszki tworzy praktycznie linię prostą. To pokazuje mapa poniżej. Konkludując powyższe rozważania może się w przyszłości okazać, że łąki nowohuckie nie są takim zwyczajnym miejscem, a przebiegają przez nie, nieznane obecnie, linie mocy. A dziwne zdarzenia na łąkach w Nowej Hucie mogą świadczyć o tym, że ktoś ma jakieś tam pojęcie o tych siłach i wykorzystuje je w sobie znanych celach.
Ostatnio gruchnęła wiadomość, że nasi ukochani przywódcy wraz z przywódcami krajów bałtyckich chcą nas wprowadzić w wojnę na Ukrainie. Wysypał ich premier Grecji. Ciekawa sprawa. Jerzy Friedman w swojej książce z 2009 roku "Następne 100 lat" profetycznie pisał: "Stany Zjednoczone będą miały jeden zasadniczy cel: zapobiec powszechnej wojnie, skupiając uwagę Rosjan na Bałtach i Polakach, a odciągając ją od sytuacji globalnej.” Ciekawa sprawa. Friedman pisał o sprowokowaniu Rosji by zaatakowała Ukrainę, a potem skierowaniu ataku Rosji na Polskę i kraje bałtyckie, a nie na Słowację, Węgry czy Rumunię. I co teraz mamy? Ostatnio odbyła się narada głów państw we Francji i okazało się, że podżegaczami wojennymi byli przywódcy Polski i krajów bałtyckich, a przywódcy Słowacji czy Węgier blokowali pomysł wysłania swoich żołnierzy do walki na Ukrainie. Niby mamy wolność i demokrację, wolne wybory, więc jak to się stało, że Friedman kilkanaście lat temu przewidział, że wybierzemy sobie zdrajców i sprzedawczyków, którzy bez mrugnięcia okiem poświęcą swoje kraj w interesie Anglosasów? Czyżby koncepcja chrześcijańska predestynacji mówiąca, że losy człowieka są z góry określone prze Boga była prawdziwa, a wolna wola to tylko iluzja? |
Categories
Wszystkie
|























